Na początek Urriðafoss…

Pomysł na ten dzień był bardzo spontaniczny. Razem z Janą miałyśmy wolne i zastanawiałyśmy się co zrobić. Z pomocą przyszedł nasz kolega, który akurat jechał w trasę w ramach pracy. Zaproponował, że podwiezie nas w okolice wulkanu Hekla. Po drodze zatrzymaliśmy się przy wodospadzie Urriðafoss. Chociaż wygląda on dość skromnie w porównaniu z resztą islandzkich wodospadów, jest jednym z największych pod względem obszerności. Położony jest na rzece Þjórsá, czyli najdłuższej rzece na Islandii. Co ciekawe, rzeki wypływające z lodowców mają błękitnawy, lekko mętny kolor.

Hekla

Jest to najwyższy czynny wulkan Islandii. Jest też jednym z najaktywniejszych. Ostatnia erupcja miała miejsce w 2000 roku. Według obliczeń, Hekla wybucha raz na kilkanaście lat, dlatego Islandczycy już od jakiegoś czasu spodziewają się kolejnej erupcji. Może to nastąpić w każdej chwili i nie sposób tego przewidzieć z dużym wyprzedzeniem. Mimo to niektórzy turyści decydują się nawet na wspinaczkę na szczyt. My pozostałyśmy na dole i stamtąd podziwiałyśmy ośnieżoną górę.

Okolica Hekli przypomina pustynię. Dookoła nie ma nic, a na szarej ziemi rosną tylko kępki trawy i małe krzaczki. Powiedziano nam, że niedaleko przepływa rzeka Þjórsá, na której można znaleźć bardzo ładny wodospad. Znając tylko kierunek, ruszyłyśmy w jego stronę, idąc przez otaczające nas pustkowia.

Wodospad Djófafoss

Dotarłyśmy do celu po półtorej godzinie wędrówki. Naszym oczom ukazało się przepiękne koryto rzeki, przyozdobione słupkowatymi skałami. Wyglądało tak, jakby zostało wyrzeźbione przez człowieka. Na rzece rzeczywiście znajdował się wodospad, który zachwycał przede wszystkim swoim usytuowaniem. Patrząc na niego od przodu uzyskiwało się widok z ośnieżoną Heklą w tle.

W tym momencie w naszych głowach pojawiło się pytanie: “No dobra, a jak wracamy?”. Po drodze nie spotkałyśmy nikogo, a obok wodospadu stał tylko jeden kamper. Postanowiłyśmy podejść i zapytać, czy przypadkiem nie będą zaraz jechać w stronę cywilizacji. Niestety… Rodzinka planowała zatrzymać się tu na dłużej. No to zaczęłyśmy wędrówkę z powrotem. Już zaczynałyśmy się martwić, co to z nami będzie, gdy znikąd pojawił się samochód. Kierowca, który się zatrzymał, okazał się być Niemcem na emeryturze, zwiedzającym samotnie Islandię. Zaoferował nam podwózkę i z nim dotarłyśmy do drogi nr 1. Tam już bez problemu złapałyśmy kolejnego stopa. Islandia to niesamowicie przyjazny kraj dla autostopowiczów. Jedynym problemem są odludzia, gdzie po prostu nie ma samochodów. Udało nam się jednak szczęśliwie wrócić do domu, a spontaniczny pomysł na małą wycieczkę okazał się być super przygodą. Warto czasem nie mieć planu, bo można trafić w naprawdę wyjątkowe miejsca.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *