Vestmannaeyjar

Vestmannaeyjar (ang. Westman Islands) to archipelag wysp położony na południu Islandii. Największa z nich to Heimaey. Mieści się tam niewielkie miasteczko, natomiast pozostałe wysepki są na tyle małe, że nie zostały zaludnione. Dostaliśmy się tam promem. Wyruszyliśmy rano wraz z Friederike (o której wspominałam w poprzednim wpisie) i jej przyjacielem. Mieliśmy w planie cały dzień spędzić na Heimaey i złazić ją w każdą możliwą stronę.

Prom zatrzymał się w porcie, w miasteczku Heimaey na wyspie. Mieszka tam około 4,5 tys. osób, jest malutkie, ale wydaje się być zupełnie samowystarczalne. Pokręciliśmy się chwilę miasteczku, obejrzeliśmy zatokę portową i ruszyliśmy w kierunku wulkanu Eldfell (jednego z dwóch wulkanów na wyspie).

Nowy wulkan

Tu zaczyna się niezwykle ciekawa historia  wyspy. Wulkan ten powstał dopiero w styczniu 1973 roku. Nagle w nocy ziemia zaczęła drżeć i powstała szczelina, z której zaczęła się wydobywać lawa. Wszyscy mieszkańcy musieli opuścić wyspę. Ewakuacja odbywała się głównie drogą morską, chociaż część ludzi, min. pacjentów z tutejszego szpitala, została przetransportowana samolotami z lokalnego lotniska. Na wyspie pozostali tylko ochotnicy, którzy próbowali powstrzymać lawę przed zniszczeniem miasta i zalaniem portu. Gdyby zatoka portowa została odgrodzona od oceanu, ucierpiałaby cała gospodarka Islandii. Dlatego została zorganizowana akcja chłodzenia lawy – za pomocą pomp polewano lawę zimną wodą z oceanu, powodując jej zastyganie, a tym samym zatrzymanie. Dzięki temu wyspa nie odniosła aż takich zniszczeń jakie jej zagrażały. Kilka miesięcy po pierwszym wybuchu stwierdzono koniec erupcji. Część miasta została doszczętnie zniszczona, a wiele domów zostało zasypanych, bądź zalanych lawą. Reszta została oczyszczona, dzięki czemu w 1975 roku do Heimaey powróciło 80% jego wcześniejszych mieszkańców.

W taki oto sposób w kilka miesięcy powstał nowy wulkan, a wyspa zwiększyła swoją powierzchnię o 20%. Postanowiliśmy wejść na Eldfell. Po drodze minęliśmy miejsce z tabliczką informującą, że pod naszymi stopami znajdują się domy zakopane ok. 16 metrów ziemią. Widok z wulkanu był cudowny. Pogoda nas nie zawiodła, więc mieliśmy piękny widok na ocean i majaczącą w oddali Islandię ze swoimi lodowcami. Mogliśmy też z łatwością zaobserwować, jak wyglądała wyspa przed powstaniem wulkanu, gdyż granica między starym lądem, a zastygniętą lawą była bardzo dobrze widoczna.

Zaraz obok Eldfell, znajduje się drugi wulkan – Helgafell, który jest z kolei nieczynny od ponad 5000 lat. Na niego również się wspięliśmy. Oba wulkany mają wysokość ok. 200 m n. p. m.

Tropimy islandzki zwierzaki!

Następnie ruszyliśmy na południe wyspy. Szliśmy wzdłuż oceanu i zielonych pól, na których pasły się owce.

Dotarliśmy do malowniczego cypla na końcu wyspy. Tam usiedliśmy na trawie i podziwialiśmy otwartą przestrzeń oceanu przed nami. Podchodząc bliżej krawędzi lądu mogliśmy obserwować maskonury (puffiny), czyli urocze, morskie ptaki ze śmiesznymi dziobami. Są to zwierzęta uwielbiane przez wszystkich odwiedzających Islandię, a ich podobiznę można zobaczyć we wszystkich sklepach z pamiątkami. Niedaleko znajdował się również mały domek położony nad oceanem, który służył własnie jako obserwatorium maskonurów.

Gdy już nacieszyliśmy się widokiem uroczych ptaków (niestety żadnego nie udało mi się uchwycić na zdjęciu), udaliśmy się w drogę powrotną do miasteczka. Szliśmy wzdłuż czarnej plaży i mieliśmy cichą nadzieję, że uda nam się wypatrzyć foki albo orki, które podobno można spotkać w okolicy wyspy, gdy ma się szczęście. My mieliśmy! Nagle z wody wyłoniła się głowa foki. Okazało się że obok brzegu pływa ich kilka i na zmianę wynurzały się, aby poprzyglądać się nam z zaciekawieniem.

Po drodze minęliśmy jeszcze charakterystyczną skałę w kształcie słonia.

Był to dzień pełen wrażeń. Historia wyspy jest bardzo ciekawa, a sam fakt, że wydarzenia te miały miejsce tak niedawno, potęguje wrażenia. Niesamowite jest to, że w ciągu kilku miesięcy wyrosła tu nowa góra, która wywróciła do góry nogami życie tak wielu osób. Do tego jest to po prostu przepiękne miejsce, a jeszcze nie tak bardzo oblegane przez turystów, jak inne atrakcje Islandii.

One Reply to “Heimaey, Westman Islands – wyspa wulkanów i maskonurów.”

  1. Maskonurów mam dziki tłum z rejsu po Morzu Północnym – chyba to Isla była, ale pamięć po latach może zawodzić – słodziaki w ziemi mieszkały i w ogóle się nie bały. Można je było fotografować w nieskończoność, to było krótkie, ale intensywne uzależnienie. Są takie piękne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *