Tegoroczne lato na Islandii nie zachwyciło ani turystów, ani Islandczyków. Nawet stali mieszkańcy narzekali na pogodę, gdyż było to najchłodniejsze lato od wielu lat. Ciepłe i pogodne dni mogę policzyć na palcach, co jest bardzo przykre, bo rozświetlona promieniami słońca Islandia zamienia się z ponurej i tajemniczej, w magiczną i bajkową.

Taki właśnie był ten dzień.

Na niebie nie było ani jednej chmurki, widoczność była doskonała, a w powietrzu czuć było lato. Razem z Friederike, dobrą koleżanką z pracy, postanowiłyśmy odkryć kolejny zakątek Islandii. Friederike pochodzi z Niemiec i tak, jak ja lubi spędzać czas aktywnie, kocha naturę i przygody. Pod tym względem stanowiłyśmy doskonale dobrany duet. Tego dnia naszym celem był opuszczony basen Seljavallalaug. Dostałyśmy się tam standardowo autostopem. Trafiałyśmy na samych Islandczyków, a każdy kolejny był starszy od poprzedniego. Najstarszy nic nie słyszał i mówił do nas tylko po islandzku, co skończyło się tym, że musiałyśmy porozumiewać się z nim na migi. Inny z kolei rozwodził się na temat Islandii i wszystkich jej zalet. W wielu punktach miał rację. Mówił o tym, że jest to jedno z najlepszych miejsc do życia na świecie, ze względu  na czystość powietrza i wody, którą bez obaw można pić z kranu lub ze strumienia. Oprócz tego jest to państwo bardzo dbające o porządek i ekologię, a jego mieszkańcy mają duży szacunek do natury. Wykorzystują siły przyrody na wiele sposobów, na przykład ogrzewają domy wodą geotermalną.

Basen Seljavallalaug

Basen Seljavallalaug powstał w 1923 roku i obecnie jest oficjalnie zamknięty. Położony pomiędzy górami, u podnóża lodowca Eyjafjallajökull, jest świetną miejscówką do odpoczynku. Oczywiście, na przestrzeni lat, tajemniczy basen zyskał popularność i przestał być “opuszczony”. W tak piękny dzień jak ten, nie mogłyśmy liczyć na samotną kąpiel. To, że basen jest zamknięty oznacza tylko tyle, że nikt o niego nie dba i można z niego korzystać za darmo. Przez to woda ma kolor zielonkawy i bardziej przypomina taką jeziorną, niż basenową. Mniej więcej raz w roku zbiera się grupa wolontariuszy, która czyści basen, ale na więcej liczyć nie można. Niesamowite jest to, że woda jest ciepła, tylko i wyłącznie dzięki naturalnym źródłom geotermalnym.

Gdy dotarłyśmy na miejsce wciąż było wcześnie, więc postanowiłyśmy zrobić coś więcej, niż tylko moczyć się w wodzie. Jako że droga z parkingu nad basen jest łatwa i przyjemna, a na dodatek zajmuje tylko 15 minut postanowiłyśmy pójść na spacer trochę dalej. Minęłyśmy basen i poszłyśmy wzdłuż rzeki, która przepływała przez dolinę. Słońce przepięknie oświetlało góry sprawiając, że praktycznie raziły swoją zielenią. Z każdej strony do rzeki spływały z gór kolejne małe strumyczki. Znalazłyśmy nawet jeden  z gorącą wodą. Ściekająca woda utworzyła ze skały niesamowitą, pracującą, kolorową ścianę.

Po chwili ścieżka zaczęła zanikać, dolina się zwęziła i jedynym sposobem na dalszą wędrówkę, była droga po stromych skałach. Żadna z nas nie miała doświadczenia we wspinaczce, dlatego pokonanie trasy, znajdującej się kilka metrów nad ziemią (a w zasadzie nad rzeką) przyprawiło nas o sporą dawkę adrenaliny. Było jednak warto.

Ukryty kanion

Po chwili naszym oczom ukazał się przepiękny kanion. Zostałyśmy odcięte od świata stromymi ścianami gór i jedyne, co słyszałyśmy, to szum płynącej rzeki. Obok niej znajdowała się kwitnąca łąka, po wodzie płynęło stado kaczek, a nad naszymi głowami zataczały kółka przeróżne ptaki. Z lewej strony spływał z gór mały wodospad. Świadomość tego, że byłyśmy tam zupełnie same, a miejsce nie było łatwo dostępne, dodatkowo spotęgowała wyjątkowość tej chwili. Miałam wrażenie, że przeniosłyśmy się do innego świata i jesteśmy świadkami czegoś magicznego. W tamtym momencie naprawdę poczułam siłę natury i to, jaki człowiek jest wobec niej mały.

W pewnym momencie wpadłyśmy na bardzo “rozsądny” pomysł, aby przejść na drugą stronę rzeki i zobaczyć co się kryje w widocznej z oddali szczelinie w skale. Dla mnie skończyło się to kąpielą w lodowatej wodzie, gdyż prąd okazał się być zbyt mocny. Głębokość nie była na szczęście groźna i bezpiecznie dotarłam na drugą stronę rzeki. Friederike jednak poddała się i pozostała na tamtym brzegu. Jak się okazało, po drugiej stronie nie było nic nadzwyczajnie ciekawego. W tym momencie rozdzieliłyśmy się i wróciłyśmy różnymi drogami. Ja miałam okazję przejść przez okoliczne wzgórza i zerknąć na nasz kanion z innej perspektywy. Dookoła pasły się owce, które przyglądały mi się podejrzliwym wzrokiem. Z powodzeniem spotkałyśmy się przy basenie i dzień zwieńczyłyśmy kąpielą. Muszę przyznać, że w piękniej położonym basenie nie miałam okazji pływać.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *