Kciuk w górę!

Tego dnia pogoda nie zachwycała. Było szaro i mokro, ale nie chciałam przesiedzieć swojego dnia wolnego w łóżku. Tradycyjnie wyszłam na ulicę i zaczęłam łapać stopa. Zatrzymał się samochód z rudym mężczyzną i dwójką dzieci w środku. Gdy powiedziałam, że planuję dotrzeć do wodospadu Gullfoss i Geysiru, okazało się, że rodzinka zmierza w tę samą stronę. Najpierw jednak mieli zamiar pojechać do wioski wikingów, trochę oddalonej od mojego celu. Eric (tak miał na imię rudy mężczyzna) zaproponował, żebym do nich dołączyła, jeśli nie przeszkadza mi podróżowanie w wolniejszym – dziecięcym tempie. Wychodzę z założenia, że takich propozycji nie należy odrzucać, więc śmiało się powiedziałam – tak! To już druga taka sytuacja odkąd przyjechałam na Islandię. Wcześniej złapałam na stopa samochód Eduardo, który również zaproponował mi towarzystwo na cały dzień, podczas odkrywania Viku i okolic. Za każdym razem nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście… Nie dość, że podróżowanie z tą samą osobą jest niesamowicie wygodne, to jeszcze umożliwia bardzo dobre jej poznanie i dzielenie z nią niesamowitych przygód.

O moich towarzyszach.

Eric jest Islandczykiem, jednak od 15 lat mieszka w Danii. Tam wyjechał na studia, a potem założył rodzinę. Ma dwójkę przesłodkich dzieci – Lorę i Hermana. Lora to sześcioletnia blondynka o niesamowicie jasnych, niebieskich oczach, a Herman ma dziewięć lat, rude włosy i urocze piegi na całej buzi. Na co dzień mieszkają w miasteczku liczącym tysiąc mieszkańców, w którym wszyscy się znają i nie zamykają nawet drzwi na klucz. Rodzina Erica nadal mieszka na Islandii, dlatego przyjeżdża tu z dziećmi raz na jakiś czas. Tym razem planowali zostać przez dwa tygodnie, a ja miałam to szczęście, że akurat dzisiaj postanowili się wybrać na wycieczkę.

Bajkowy Þjóðveldisbærinn

Aby dojechać do wioski wikingów Þjóðveldisbærinn musieliśmy skręcić z drogi krajowej nr 1 w drogę nr 30, a potem 32. Jechaliśmy wzdłuż rzeki, otaczały nas góry, a dookoła rósł fioletowy łubin. Gdzieś zza mgły wyłaniał się zarys ośnieżonego wulkanu Hekla. Sama wioska wikingów również była pięknie położona pośród łąk i małych wodospadów. Okazało się, że były to zaledwie dwa budynki – dom mieszkalny i kościółek. Niesamowitą rzeczą było to, że na dachach rosła trawa. Dzięki temu wyglądało to absolutnie bajkowo!

Tam też Lora i Herman się do mnie przekonali i zaakceptowali, jako kompankę na tamten dzień. Do tej pory siedzieli cicho w samochodzie i tylko czasem posyłali mi nieśmiałe uśmiechy. Na zewnątrz dziecięca energia się uwolniła i zaczęli się ganiać. Wkrótce zaczęli mnie zaczepiać, a ja dołączyłam do zabawy. Oczywiście, Lora i Herman umieli mówić tylko po duńsku, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Po doświadczeniach na Madagaskarze wiem już, jak się porozumiewać z dziećmi bez słów. Od tej pory Lora wolała trzymać za rękę mnie niż swojego tatę, a Herman ciągle chciał grać w berka.

O elfach i duchach…

Gdy bieganie dookoła domu wikinga już się dzieciom znudziło, ruszyliśmy dalej. Po drodze postanowiłam wykorzystać okazję, że jadę samochodem z Islandczykiem z krwi i kości. Zadałam pytanie nurtujące mnie już od jakiegoś czasu: “Czy Islandczycy naprawdę wierzą w Elfy?”. Eric zaśmiał się pod nosem i odpowiedział – “oczywiście”. Jego mina była jednak myląca, wyglądał tak, jakby sobie ze mnie żartował. Jednak gdy z pełną powagą dodał, że oprócz elfów, na Islandii żyją również ukryci ludzie i duchy, prawie mu uwierzyłam. Jak się okazuje stworzenia te mieszkają w kamieniach na całej Islandii. Później Eric zaczął opowiadać mi historie o duchach. O tym, jak jego kolega rozmawiał z przyjacielem w samochodzie, po czym ten sam przyjaciel wsiadł do auta po kilku minutach i spytał go, do kogo mówił – jego wcześniej tam nie było. I o tym, jak sam poszedł kiedyś pobiegać i wydawało mu się, że w oddali widzi mężczyznę z psem na smyczy, ale gdy się zbliżył – nikogo nie znalazł. Usłyszał za to śmiech dobiegający z ciemności…

Podobno są osoby, które mają wyjątkowe zdolności do wyczuwania obecności duchów. Eric twierdzi, że cała jego rodzina je posiada, również Lora i Herman. Któregoś razu był na tarasie swojego domu i wydawało mu się, że ktoś jest w krzakach obok, ale machnął na to ręką i stwierdził, że to cień albo złudzenie. Po chwili na zewnątrz wyszła Lora i powiedziała: “Tato, wejdź do domu, czuję, że na dworze jest duch”. Eric zaczął jej tłumaczyć, że tak jej się pewnie tylko wydaje, ale zaraz potem przybiegł do nich Herman i krzyknął: “Chodźcie do środka, tam jest duch!”. Hmm… Czy trzy osoby mogły mieć mylne przeczucie? Nie mam pojęcia. Muszę jednak przyznać, że słysząc te historie, jadąc przed zamgloną Islandię, po plecach przeszedł mi zimny dreszcz.

Ukryty zakątek

Po chwili dojechaliśmy jednak w przepiękne miejsce, które rodzinka również planowała zobaczyć. Gdyby nie oni, nie miałabym pojęcia o jego istnieniu. Był to fragment rzeki płynącej od wodospadu Gullfoss, ozdobiony przez bardzo ciekawe skały. Na mnie największe wrażenie zrobił kolor wody, która była mleczno – błękitna. Jest to zasługa lodowca, z którego wypływa woda. Spędziliśmy tam ponad godzinę chodząc po skarpach, skacząc nad strumieniami i wspinając się na skałki. Byliśmy zupełni sami, co dodało temu miejscu trochę magii. Zauroczyło mnie to, jak Lora i Herman byli wszystkim zafascynowani. Prowadzili długie rozmowy z Erickiem na temat otoczenia, razem obmyślali plan wędrówki – a może by tak tu przeskoczyć, a tam się wspiąć… Uwielbiam patrzeć na dzieci, które poznają świat. Pomyśleć, że każdy z nas był kiedyś taki beztroski i ciekawy świata. Eric wydał mi się fantastycznym tatą – słuchał dzieciaków, odpowiadał na wszystkie pytania i wyglądał na tak samo podekscytowanego odkrywaniem tamtego miejsca, jak i one.

Wodospad Gullfoss

Do samochodu wróciliśmy cali mokszy. Niestety cały czas padało, a okoliczne góry były całkowicie zasłonięte przez chmury. Ruszyliśmy dalej. Następnym przystankiem był Gullfoss, czyli wodospad należący do Golden Circle Islandii. A tam? Cywilizacja! Duży parking, restauracja, sklepy z pamiątkami, zbudowane ścieżki i platformy, a na nich pełno turystów. Podeszliśmy pod punkt widokowy i naszym oczom ukazał się przepiękny wodospad. Jest on bardzo charakterystyczny, gdyż składa się z dwóch ogromnych kaskad. Podobno gdy świeci słońce, można zobaczyć kilka tęcz rozpostartych nad wodą. W tym momencie dzieciaki poczuły się zmęczone. Eric postanowił zabrać je do restauracji na gorącą czekoladę. Ja natomiast przeszłam się wraz z tłumem turystów poprzez kolejne punkty widokowe.

Wodospad robił naprawdę duże wrażenie, ale po raz kolejny nie byłam w stanie się nim w pełni nacieszyć przez otaczający mnie tłum ludzi. Zdecydowanie bardziej zachwycają mnie miejsca mniej spektakularne, a opustoszałe. Takie, gdzie można poczuć moc natury i zamyślić się nad pięknem świata. Tutaj zostałam otoczona przez selfie sticki i pozujących ludzi, którzy wysypywali się z autobusów wycieczkowych. Po chwili wróciłam do środka i znalazłam moją wesołą gromadkę. Gdy gorąca czekolada znudziła się już Hermanowi i Lorze, pojechaliśmy dalej.

Geysir

Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyliśmy tego dnia, był Geysir. Podjechaliśmy w miejsce, gdzie znajduje się gejzer, który został opisany jako pierwszy na świecie – to on dał nazwę wszystkim innym gejzerom. Teraz została po nim już tylko dziura w ziemi wypełniona gorącą, parującą wodą. Ostatni wyrzut miał miejsce kilka lat temu i osiągnął ok. 70 metrów. Trochę mniejszy, wciąż aktywny gejzer Strokkur znajduje się tuż obok. Eksploduje raz na kilka minut, dzięki czemu nie sposób go przeoczyć.

Lora i Herman byli absolutnie zachwyceni wybuchającą dziurą, dlatego obserwowaliśmy cały proces kilka razy. Na tym etapie dziewczynka była już tak ze mną oswojona, że usiadła mi na baranach, aby lepiej widzieć. Z Lorą na plecach wróciłam do samochodu i tam nasza przygoda się zakończyła. Wróciliśmy do Hveragerdi, a ja musiałam się pożegnać z wesołą rodzinką. To był cudowny dzień, miałam niesamowite szczęście, że spotkałam Erica i jego dzieci na swojej drodze. Nie wiem, jak brzmi ich nazwisko, ani nie pamiętam, jak nazywa się miejscowość, w której mieszkają. Szanse, że ich jeszcze kiedyś spotkam są zerowe, ale dla mnie zawsze będą nieodłącznym elementem wspomnienia o tym dniu.

2 Replies to “Gullfoss, Geysir i opowieści o duchach.”

  1. W końcu “u-duch-owiony” obraz, a już myślałam, że Islandia się ucywilizowała;)
    Piękności, ino słońca ciut jakby mniej niż na Madagaskarze!
    Trzymaj się Maryś i nie da się tej wilgoci wszędobylskiej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *