Taki był plan.

Tak to już w życiu jest, że nie zawsze wszystko jest dokładnie tak, jak chcemy. Tak było właśnie tym razem. Razem z Janą, Czeszką z którą pracuję, postanowiłyśmy się wybrać do Parku Narodowego Thingvellir. Jest to część tak zwanego Golden Circle, czyli złotego kręgu Islandii. Oprócz parku należą do niego także wodospad Gullfoss, Geysir i jezioro wulkaniczne Kerid. Jest to najczęściej wybierany kierunek wycieczek – tam trafiają wszyscy turyści, którzy na Islandię przyjeżdżają tylko na kilka dni. Golden Circle spokojnie można objechać w ciągu jednego dnia dojeżdżając z Reykjaviku. Nas od Parku dzieli zaledwie 56 km, jak się jednak okazało było to zbyt dużo…

Po kawałku, do przodu…

Tradycyjnie stanęłyśmy przy drodze numer jeden i wystawiłyśmy kciuki. Dość szybko zatrzymał się pierwszy samochód, w którym siedział starszy Islandczyk z białą brodą. Podwiózł nas do skrętu na północ, gdzie po kilku dłuższych minutach zatrzymała się przemiła kobieta z dzieckiem. Niestety jej cel także był inny niż nasz, więc ponownie przesunęłyśmy się tylko o 9 km. I tu pojawił się problem. Wylądowaliśmy na drodze niezbyt często uczęszczanej, turyści jadący do Thingvellir jadą zazwyczaj od strony wodospadu Gullfoss albo prosto z Reykjaviku. Obok nas przejeżdżali tylko miejscowi, a co drugi pokazywał, że nie jedzie dalej. Stałyśmy więc przy drodze, a dookoła robiło się coraz zimniej i wietrznej. Przynajmniej widoki były ładne, wszędzie rósł fioletowy łubin, a nam jeszcze dopisywały humory. Wreszcie zlitował się nad nami pewien mężczyzna, który podwiózł na kolejne kilkanaście kilometrów. Po drodze minęliśmy jezioro Úlfljótsvatn i Thingvallavatn, które jest największym jeziorem Islandii. W połowie tego drugiego kierowca nas wysadził, a sam skręcił w boczną uliczkę.

I w taki sposób utknęłyśmy…

Po tej drodze nie jeździły żadne samochody… Nadciągnęła za to ogromna chmura, góry zniknęły za mgła i zaczęło padać. O silnym wietrze nawet nie wspominam. Stałyśmy chwilę przy drodze po czym stwierdziłyśmy, że to nie ma sensu. Zaczęłyśmy iść w stronę, z której przyjechałyśmy. Na początku próbowałyśmy stopować w obie strony – jeśli zatrzymałby się samochód jadący do parku, to tam byśmy pojechały, jeśli ten jadący z powrotem, to wróciłybyśmy do domu. Problem w tym, że jak już jakiś przejeżdżał to się nie zatrzymywał. Szłyśmy wzdłuż jeziora Thingvallavatn, walcząc z wiatrem i deszczem. Widoki były mroczne i spowite mgłą, ale taka jest właśnie Islandia. Tutaj natura się nie cacka z człowiekiem.

Wreszcie…

Po godzinnej wędrówce zatrzymał się samochód. Kierowca pochodził z Rumunii, ale od dwóch lat mieszka i pracuje na Islandii. Podobno jakieś statystyki mówią, że za dwa lata będzie tu więcej Rumunów niż Polaków. W każdym razie zrobiło mu się nas żal i nadłożył ponad dziesięć kilometrów, aby dowieźć nas do głównej drogi. Stamtąd, po krótkiej chwili, zabrał nas bardzo ciekawy mężczyzna. Był to 65 letni pół – Islandczyk, pół – Amerykanin z długimi siwymi włosami i brodą do pasa. Część życia spędził w Stanach, na Florydzie, a część na Islandii i w innych krajach skandynawskich. Niedawno wyniósł się z USA na dobre ze względu na obecnie panującą sytuację polityczną. Razem z nim dojechałyśmy do domu i na tym skończyła się nasza przygoda.

Czy to był zmarnowany dzień?

Nie! Może nie zobaczyłyśmy tego, co chciałyśmy, ale przynajmniej dotarłyśmy nad jezioro Thingvallavatn, które również było piękne. Oprócz tego przekonałam się, że nie zawsze warto jest robić wszystko za wszelką cenę. Czasem lepiej odpuścić. Byłyśmy przemarznięte i zmęczone, więc nawet gdybyśmy dotarły do celu, zapewne nie cieszyłby on nas tak, jak powinien. Poza tym, kto wie, może następnym razem uda mi się tam dojechać, a przy okazji zdarzy się coś co by się nie zdarzyło tym razem? Może poznam kogoś inspirującego, albo przynajmniej będzie świeciło słońce ;).

Bo taki właśnie jest autostop

Jeżdżąc autostopem nigdy nie można zakładać, że wszystko pójdzie tak jak chcemy. Na tym właśnie polega jego urok – jest nieprzewidywalny, czasem przynosi miłe niespodzianki, a czasem rozczarowania. Złapałam się na byciu niecierpliwą i zirytowaną, że nikt się nie zatrzymuje, ale przecież nikt nie ma takiego obowiązku. Każdy kierowca, który decyduje się zabrać autostopowicza, wyświadcza mu przysługę. To za nich trzeba być wdzięcznym, a nie złościć się na tych, którzy nas mijają. Ten dzień przypomniał mi o pokorze, jaką należy zachować wybierając ten sposób podróżowania. Zostałam też wystawiona na próbę akceptacji niepowodzenia, co nie przychodzi mi łatwo. Nie lubię odpuszczać, zawłaszcza, gdy do celu jest tak niewiele. Tym razem była to jednak dobra decyzja, a we wspomnieniach mam wędrówkę przez pustkowia Islandii, jezioro Thingvallavatn i naszą dwójkę, trzęsącą się z zimna, ale nadal żartującą ze swojego losu. Do Parku Narodowego Thingvellir spróbuję się jeszcze dostać. Może następnym razem będę miała więcej szczęścia.

One Reply to “Kiedy autostop nie działa tak, jak chcemy… – nad jeziorem Thingvallavatn”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *