Autostopowy fart

Mam to szczęście, że mieszkam przy drodze krajowej numer jeden. Jest to trasa, która wiedzie dookoła Islandii, a przejechanie jej jest najpopularniejszym sposobem zwiedzania wyspy. Na jeden z pierwszych dni wolnych obrałam kierunek – Vik.

Wystarczyło stanąć na drodze, wystawić kciuka i już. Zatrzymał się pewien Islandczyk, który podwiózł mnie do Selfoss, czyli miasteczka oddalonego o 12 km od Hveragerdi, w którym mieszkam. Całe szczęście, że nie jechał dalej, bo mówił z tak dziwnym akcentem, że prawie nic nie rozumiałam. Na kolejnego kierowcę czekałam tylko kilka minut. Zabrał mnie chłopak, który pochodzi z Ukrainy, ale od ósmego roku życia mieszka w Stanach Zjednoczonych. Na Islandię wpadł “przejazdem”, dlatego miał tylko dwa dni na zwiedzenie najciekawszych miejsc. Miałam ogromne szczęście, bo obydwoje chcieliśmy zobaczyć te same rzeczy, a Eduardo zaproponował mi wspólne podróżowanie. Jeździliśmy razem przez cały dzień, tematy do rozmowy się nie kończyły, tak jak zresztą zachwycające zakątki Islandii.

Seljalandsfoss

Jedno z popularniejszych miejsc na Islandii, czyli wodospad, który spływa z urwiska do małego jeziorka. Niesamowite w nim jest to, że można go obejść i podziwiać także od tyłu. Idąc dalej wzdłuż wzniesienia minęliśmy kilka mniejszych, aby dojść do wodospadu ukrytego w skale. Żeby do niego dotrzeć, trzeba pokonać strumień i przedostać się przez szczelinę w kamiennej ścianie. Magiczne miejsce, którego nie udało mi się sfotografować, ze względu na kapiącą zewsząd wodę. Wsiadając do samochodu nie wiedzieliśmy, czy jesteśmy mokszy od deszczu, czy wodospadu.

Skogafoss

Następnym przystankiem był wodospad Skogafoss. Kolejne popularne miejsce, licznie odwiedzane przez turystów. Większość z nich zatrzymuje się jednak na dole, robi zdjęcie potężnemu obiektowi i tyle.

Warto jednak wspiąć się na górę po schodkach, a potem przejść się wzdłuż rzeki. Woda zakręca, płynie przez zielone wzgórza i spływa kaskadami po kamieniach, tworząc kolejne mniejsze i większe wodospady. To był piękny spacer i ciężko nam było podjąć decyzję o zawróceniu. Można by tak iść i iść wgłąb Islandii, a za każdym zakrętem podziwiać kolejne cuda natury. Mieliśmy jednak ambitne plany co do tego dnia, dlatego w pewnym momencie musieliśmy zrobić odwrót.

Wrak samolotu

Jechaliśmy dalej przepiękną trasa nr 1, po której jazda sama w sobie jest fascynująca. Dotarliśmy do miejsca, gdzie swój początek miała droga do wraku słynnego samolotu. Rozbił się on na plaży Sólheimasandur w 1973 roku.  Pomimo wypadku wszyscy pasażerowie przeżyli. Maszyna nie została usunięta, a z czasem zyskała dużą popularność wśród turystów. Kiedyś można było podjechać samochodem pod sam wrak, teraz trzeba zaparkować przy drodze nr 1 i pokonać ok. 7 km w obie strony. Znak na parkingu ostrzegał, że spacer może zabrać od 3 do 4 godzin, nam zajął tylko trochę ponad półtorej godziny. Może to sposób na odstraszenie turystów…

Idąc ma się jednak wrażenie, że końca drogi nie widać. Byliśmy bowiem świadkami zjawiska mirażu, czyli zniekształcenia obrazu na linii horyzontu. Wreszcie dotarliśmy jednak do wraku i tu spotkało nas małe rozczarowanie… Samolot był dużo mniejszy niż się spodziewaliśmy, a do tego atmosferę dookoła popsuły dwie Amerykanki robiące sobie sesję zdjęciową. Właziły na dach i pozowały w nieskończoność, a dookoła irytowali się turyści, którzy chcieli zrobić swoje ujęcia bez dodatku w postaci modelek. Miałam wrażenie, że każdy przyszedł tam tylko po to, żeby cyknąć milion zdjęć i tyle. Przez to w ogóle nie poczułam klimatu tego miejsca…

Vík í Mýrdal

Dalej czekały nas klify i czarne plaże w okolicy Viku. Tutaj mieliśmy okazję wypróbować możliwości samochodu, wjeżdżając na skarpy i jeżdżąc po zboczach gór. Wszędzie pasły się konie i owce, od czasu do czasu mijaliśmy małe wioski. Najpierw podjechaliśmy do Dyrhoaley, czyli klifu, z którego rozpościerał się widok na skałę w kształcie łuku, wystającą z oceanu.

Następnie odwiedziliśmy sam Vik, który okazał się być malutką nadmorską mieściną. Tutaj mogliśmy spacerować po czarnej plaży i podziwiać klify z dołu. Ocean Atlantycki gwałtownie atakował czarny piasek, a w nas wiał mocny, zimny wiatr.

Kawałek dalej, na plaży Reynisfjara powstała jaskinia Hálsanefshellir i bardzo ciekawa ściana skalna z kamiennymi słupkami. Jest to bardzo charakterystyczna forma skalna dla Islandii.

Lodowiec Myrdalsjokull

Na koniec został nam jeszcze lodowiec. Wahaliśmy się, czy do niego jechać, bo robiło się już późno. Postanowiliśmy jednak nadrobić tych kilka kilometrów i podjechać pod Myrdalsjokull. No i warto było. Była to zaledwie mała cząsteczka ogromnej połaci lodu, spływająca z gór. Jęzor lodowca kończył się w jeziorze, w którym pływały kry. Pierwszy raz w życiu miałam okazję widzieć lodowiec i było to co najmniej ekscytujące.

Po dniu pełnym wrażeń i przystanków trzeba było wracać. Eduardo jechał w tę samą stronę co ja, ale nadrobił kilka kilometrów, aby odwieźć mnie pod sam hotel. Niesamowite jest to, jak los stawia nam na drodze inspirujących i dobrych ludzi. Ten człowiek wyświadczył mi ogromną przysługę, nic nie chciał w zamian, a na koniec jeszcze mi dziękował! Ta przygoda dodała mi mnóstwo energii na wiele kolejnych dni.

2 Replies to “Autostopowa przygoda do Viku – Islandia”

  1. Bardzo fajny wpis, pozdrawiamy cieplutko. Kochamy Twoją twórczość, liczymy na więcej.
    Rabarbar już kwitnie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *