Nosy Be

Na Nosy Be dotarłyśmy wieczorem, dlatego pierwszą noc spędziłyśmy w Hell-Ville – miasteczku portowym. Już tutaj poczułyśmy różnicę w porównaniu do reszty Madagaskaru. Miejscowość była dużo bardziej cywilizowana, czysta i schludna. Pierwszy raz od dawna widziałam chodniki i tyle restauracji o europejskim standardzie w jednym miejscu. Społeczeństwo jest tu trochę bogatsze, a życie mieszkańców nieco łatwiejsze. Jest to ewidentny wpływ dużej ilości turystów (przynajmniej jak na Madagaskar). Na wyspie jest lotnisko, na które przylatują samoloty z Włoch, dlatego powstały tu całe hotele dla Włochów i restauracje z kuchnią włoską. Jest to też powód, dla którego sporo osób płynnie posługuję się ich językiem.

Andilana – północ Nosy Be

W Hell – Ville nie ma nic ciekawego i nie warto zostawać tu na dłużej. Następnego dnia od razu przejechałyśmy na północ wyspy, na plażę Andilanę. Jest to podobno najpiękniejsza część wybrzeża Nosy Be i rzeczywiście niczego jej nie brakowało. Była to piękna zatoczka, z której rozciągał się widok na czysty ocean i małą wysepkę. Z drugiej strony widać było zielone wzgórza wyspy i palmy rosnące przy brzegu. Na plaży nie było prawie nikogo. Byłam przeszczęśliwa, że po całej naszej szalonej podróży możemy odpocząć w takim miejscu. Tam spotkałyśmy się z Dominikiem, którego poznałam wcześniej podczas wolontariatu i jego malgaskim kolegą – Antonio. Los sprawił, że w tym samym czasie wylądowaliśmy na wyspie, więc od tej pory trzymaliśmy się razem. Ten dzień spędziliśmy nad wodą, pijąc kokosy, które zerwał dla nas mały chłopiec, wdrapując się na palmę.

Boks w Djamandjary

Następny dzień spędziliśmy w Djamanjary, gdzie poszliśmy na malgaski boks. Akurat trafiliśmy na jakiś turniej, zawodnicy po kolei się prezentowali, a później ze sobą walczyli. Nie bardzo wiedziałam, co się tam dzieje, ale mogę powiedzieć tyle, że tłukli się bez rękawic, ochraniaczy i na bosaka… Wydarzenie zebrało bardzo dużą widownię, było też trochę białych. Jak już mówiłam, Nosy Be jest jednym z bardziej turystycznych miejsc na Madagaskarze. Mieszka tu na stale też trochę Francuzów. Zakładają swoje hotele, czy inne biznesy i spędzają życie w raju. Niestety, nie mam o nich najlepszego zdania. Często są to starsi mężczyźni, którzy ze swoją francuską emeryturą są na Madagaskarze prawdziwymi bogaczami. Nie muszą się też wysilać co do języka, bo francuski jest przecież urzędowy. Przyjeżdżają i podrywają tu młode Malgaszki, z którymi często mają dzieci albo zawierają związki małżeńskie tylko po to, aby mieć prawo do ziemi…

Nosy Komba – moja ulubiona

Następnie popłynęliśmy na małą wyspę obok Nosy Be – Nosy Kombę. Spędziliśmy tam cztery dni. Nocowaliśmy w  bungalowach na plaży, przy której znajdowała się mała wioska. Bardzo szybko się tam zadomowiłam. Codziennie na drodze spotykaliśmy te same osoby, a czasem odwiedzali nas nasi mali przyjaciele. Była to zasługa Dominika, który już od lat jeździ na Madagaskar. Gdy po wiosce rozeszła się wieść, że wrócił, przyleciała do nas cała gromadka małych chłopców, którzy pamiętali go z zeszłych lat. Co dzień przychodziło ich coraz więcej, a my spędzaliśmy z nimi całe wieczory, bawiąc się na piasku.

Poznaliśmy tez Bacsosa – napakowanego boksera, który nosił na szyi łańcuchy. Był dla nas bardzo miły – zaprosił nas na spacer do swojego domku nad małym wodospadem. Mogliśmy się wykąpać w basenach, które powstały ze spływającej wody. Pokazał nam też wanilię, którą zasadził i wytłumaczył, jak się ją hoduje.

Innym razem zabrał nas na spacer po całej wyspie. Wspięliśmy się na wzgórze, skąd roztaczał się przepiękny widok na ocean i wzgórza Nosy Be. Po drodze mijaliśmy małe wioski i uprawy trzciny cukrowej, kakao, kawy i ananasów, które jak się okazało rosną na ziemi. Spotykaliśmy też kameleony, węże i lemury, które nakarmiliśmy bananami. Nosy Komba w tłumaczeniu na język polski oznacza “wyspę lemurów” i rzeczywiście jest ich tam całkiem sporo.

Oprócz tego, Bacsos od czasu do czasu zapraszał nas do siebie do domu i coś dla nas gotował. Zorganizował nam też wycieczkę na prześliczną małą wysepkę – Nosy Tanikely. Jak się później jednak okazało, wziął od nas trochę więcej pieniędzy niż było to konieczne, ale cóż… Na Malgaszach nie można polegać w tej kwestii, nawet jeśli wydają się zaufani.

Nosy Tanikely

Na Tanikely popłynęłyśmy wynajętą łódką. Jest to jedno z piękniejszych miejsc, w jakich byłam. Spędziłyśmy tam cały dzień, pływając w niesamowicie błękitnej i czystej wodzie, spacerując po białym piasku i co najważniejsze… nurkując z rybkami i żółwiami. Nosy Tanikely słynie ze swojej rafy koralowej, która znajduje się tuż przy brzegu. Można tam pływać godzinami, odkrywając różne ciekawe żyjątka i prześliczne, kolorowe rybki. Dla mnie jednak największą frajdą były żółwie!

Ostatni wieczór spędziliśmy na plaży, razem z kilkoma Malgaszami. Niektórych znaliśmy, innych nie, ale siedzieliśmy sobie razem, rozmawiając o życiu. Każdy z nich uważał to miejsce za “fucking paradise”. I mieli rację. Naprawdę pokochałam to miejsce. Czułam się tam niesamowicie spokojna i szczęśliwa, tak jakby wszystko było na swoim miejscu. Był to raj, ale taki prawdziwy i autentyczny, jeszcze nie zniszczony przez turystów. Mieszkańcy tej wioski żyją w zgodzie ze sobą i z naturą, przepełniając okolicę pozytywną energią.

No i koniec…

To było ostatnie miejsce na mapie Madagaskaru, które odwiedziłam. Czekała mnie już tylko droga do stolicy, a potem lot do Polski. Powrót do rzeczywistości nie był łatwy. Podczas tych trzech miesięcy przyzwyczaiłam się do mojej nowej, madagaskarskiej rzeczywistości. Do prostoty życia, innej kultury i do tego, że wiecznie coś mnie zaskakiwało. Zarówno wolontariat, jak i podróże po wyspie sprawiły, że mogłam naprawdę dobrze poznać ten kraj. Madagaskar odpowiedział na wiele moich życiowych pytań, ale postawił też nowe. Skłonił do przemyśleń, wystawił na kilka prób i wzmocnił. Oczywiście, miewałam kryzysy i gorsze dni, ale nie da się ich uniknąć, będąc tak długo w podróży. Cały czas jednak czułam, że jestem we właściwym miejscu i nigdy w życiu, nie oddałabym nikomu tych trzech miesięcy. Dowiedziałam się o sobie więcej, niż kiedykolwiek, nabrałam dystansu do wielu spraw i zaczęłam dostrzegać rzeczy, do których wcześniej nie przywiązywałam uwagi. Spełniłam swoje marzenie i postawiłam pierwszy krok w kierunku dalekich podróży. Miałam mnóstwo przygód i spotkałam wielu inspirujących ludzi – zarówno Malgaszy, Polaków, jak i podróżników z całego świata. Czasem były to spotkania krótkie i przelotne, a czasem takie, które zaowocowały nowymi przyjaźniami. Z kolei z dziećmi z wolontariatu przeżyłam wiele radosnych i wzruszających chwil, a ich twarze na zawsze będę miała w pamięci.

Czy chcę tam wrócić? Pewnie! Kiedy? Jeszcze nie wiem… Na razie czekają na mnie inne przygody.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *