Ranohira

Po 26 – godzinnej podróży taxi brouss’em wreszcie dotarłyśmy do Ranohiry. Po tak długim czasie spędzonym w busie, w tak niewygodnych warunkach, człowiek czuje już pewna więź z ludźmi, z którymi odbywa podróż. Przez cały czas wszyscy byli dla nas życzliwi, dlatego wysiadając, żegnałyśmy ich licznymi uściskami dłoni. Zaraz po opuszczeniu busa dopadł nas przewodnik z Parku Narodowego Isalo. Wtedy zrozumiałam, że podróżując po Madagaskarze nie trzeba się martwić o to, jak znaleźć nocleg, busa, czy przewodnika. To oni znajdują nas. Każdy czatuje na białego człowieka z nadzieją, że skorzysta on z danej usługi. Przewodnik, którego spotkałyśmy tutaj był trochę nachalny, ale całkiem nieźle mówił po angielsku. Zdecydowałyśmy się skorzystać z jego propozycji i umówiłyśmy się z nim na następny dzień. Ten poświęciłyśmy na odpoczynek po długiej podróży i spacery po okolicy. Znalazłyśmy hotel, w którym spędziłyśmy dwie noce. Wybrałyśmy oczywiście najtańszą opcję, czyli pokój za ok. 20 zł od osoby, ale nadal mogłyśmy korzystać z basenu, który należał do hotelu. To była miła niespodzianka, dzięki której zregenerowałyśmy się po szalonej jeździe. Tam poznałyśmy kilku gości, którzy przyjechali ze Sri Lanki w sprawach biznesowych. Okazało się, że w miejscowości obok znajduje się kopalnia szafirów, które są skupowane głównie przez ludzi z tej części Azji. Zaintrygowało nas to i zaczęłyśmy rozważać wizytę w tym miejscu. Wieczorem odwiedziłyśmy okoliczny bar, gdzie poznałyśmy kilka interesujących osób. Rozmowy z Malgaszami były dla mnie bardzo ważne podczas podróży, dopiero wtedy człowiek może naprawdę poczuć dany kraj i dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy prosto ze źródła. Większość turystów podróżuje wynajętymi samochodami i przejeżdża tylko z hotelu do hotelu, a to właśnie poznawanie kultury i spotkania z ludźmi uczyniły moją podróż po Madagaskarze tak fascynującą.

Isalo

Jest to największy park narodowy na Madagaskarze i jeden z najbardziej popularnych. I nic w tym dziwnego, bo jest naprawdę przepiękny. Wędrówkę zaczęłyśmy już o 7 rano. W umówionym miejscu czekał na nas nasz przewodnik. Na początku bardzo ubolewałam nad tym, że do wszystkich parków i rezerwatów trzeba wchodzić z przewodnikiem. Nie ma wtedy pełnego poczucia swobody, aczkolwiek zazwyczaj są to sympatyczni ludzie, od których można się sporo dowiedzieć.

Najpierw musieliśmy dojść z Ranohiry do samego parku, pokonując okoliczne pola ryżowe i łąki. Przed nami roztaczał się widok na ogromne skały piaskowe, z których słynie park. Tworzą one niesamowite kaniony, które można zwiedzać nawet kilka dni. My jednak wybrałyśmy opcje jednodniowej wędrówki. Wspięliśmy się na górę i szliśmy wzdłuż krawędzi parku, skąd roztaczał się piękny widok na rozległe tereny, przypominające trochę sawannę. Region ten jest także porównywany do amerykańskiej Arizony. Później weszliśmy wgłąb kanionu, gdzie wędrowaliśmy otoczeni wysokimi skałami, aby finalnie dojść do miejsca postojowego. Zatrzymaliśmy się tam tylko na chwilę, aby popodziwiać lemurki, które przychodzą tam, w nadziei na to, że dostanie im się jakiś kąsek od turystów. Dalej czekała nas droga wzdłuż strumienia zakończona dwoma wodospadami, pod którymi wytworzyły się baseny, czarny i niebieski. W tym drugim można się było wykąpać, co było po prostu cudowne. Kąpiel w chłodnej, przejrzystej wodzie pod wodospadem, w samym sercu kanionu – jak w raju.

Collective taxi

Droga powrotna była zdecydowanie krótsza, a ze względu na to, że wyruszyłyśmy wcześnie rano, to miałyśmy jeszcze pół dnia przed sobą. Zdecydowałyśmy się odwiedzić Ilakakę, czyli miejscowość, w której znajduje się kopalnia szafirów. Przepływa przez nią rzeka, w której również można znaleźć cenne kamienie. Ludzie siedzą w wodzie i szukają ich na wielkich sitach. O miejscu tym krążą różne plotki. Niektórzy twierdzili, że jest niebezpieczne i że nie powinnyśmy jechać. W końcu wiążą się z nim różne biznesy, spore pieniądze, a przez to napaści i kradzieże. Podobno, gdy ktoś znajdzie naprawdę duży szafir musi wyjechać z wioski, aby nikt go nie okradł i nie zrobił mu krzywdy. Nas jednak zaintrygowało to miejsce, a Kamila namówiła mnie, aby tam pojechać. Złapaliśmy tak zwaną collective taxi, czyli samochód, który krąży między miejscowościami i zbiera pasażerów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w pewnym momencie, w pięcioosobowym samochodzie siedziało 9 osób, w tym dwie na siedzeniu kierowcy. W samochodzie poznałyśmy chłopaka i dziewczynę, którzy pracowali w okolicznym hotelu i teraz wracali do domu, na przerwę w pracy. Kobieta umiała mówić trochę po angielsku, ale jak się okazało znała też odrobinę polskiego. Do hotelu, w którym pracuje przyjeżdżają wycieczki z Polski, dlatego umiała powiedzieć  na przykład: “kurczak z surówką”. Tego się nie spodziewałam…

Ilakaka

Gdy dojechałyśmy do Ilakaki, od razu ruszyłyśmy w poszukiwaniu rzeki. Nie szło nam to najlepiej – rzekę znalazłyśmy, ale nikogo w niej nie było, a przecież przyjechałyśmy tu po to, aby zobaczyć tych wszystkich poszukiwaczy szafirów siedzących w wodzie. Wywołałyśmy za to niezłą sensację, mieszkańcy bacznie nas obserwowali, niektórzy mierzyli trochę nieprzyjemnym, zdystansowanym spojrzeniem. Rozchmurzali się jednak, gdy witałyśmy się z nimi po malgasku. Wokół nas zebrała się też grupa dzieciaków, te były bardzo pozytywnie nastawione i od razu zaczęły za nami iść. Poprosiłyśmy je, żeby zaprowadziły nas nad rzekę po drugiej stronie miejscowości. Idąc boczną drogą, nagle usłyszałyśmy wołanie- to ta para z samochodu, akurat przechodziłyśmy obok ich domu. Zaproponowali, że nam pomogą i zaprowadzą nas do kopalni. Wytłumaczyli, że o tej porze dnia w rzece już nikt nie pracuje. Ludzie siedzą tam do południa, a potem są zmęczeni i przez resztę dnia odpoczywają. Mora, mora, nie wolno się w końcu przepracować.

Tak się szuka szafirów…

Gdy dotarliśmy na miejsce, byłam bardzo zaskoczona. Gdzie ta kopalnia? Nie zdążyłam zapytać, bo wyszła do nas pewna Malgaszka. Zaproponowała, że może nam pokazać szafiry. Poszliśmy więc za nią na podwórko jej domu. Wyszła do nas cała rodzina, a najstarszy mężczyzna przyniósł kilka cennych kamieni. Myślałyśmy, że to koniec wizyty, ale oni zapytali, czy nie chcemy zobaczyć, w jaki sposób szukają szafirów. Zabrali nas do kopalni. Okazało się, że są to po prostu głębokie dziury w ziemi, które sami wykopali. Bez żadnych zabezpieczeń i rusztowań. Pod spodem są one ze sobą połączone korytarzami. Jedna osoba spuszcza się w dół w wiadrze, podczas gdy druga asekuruje ją na górze. Napełniają te wiadra ziemia, wciągają, a następnie płuczą ziemię na sitach i szukają szafirów wśród innych kamieni. Rozpoznają je poprzez sposób, w jaki przechodzi przez nie światło słoneczne.

Urządzili nam małe przedstawienie, aby pokazać jak to dokładnie wygląda. Wysypali na sito worek wcześniej pobranej ziemi, wypłukali, a następnie zaczęli szukać szafirów. Niestety niczego nie znaleźli, dlatego facet wyciągnął saszetkę, z tymi które pokazał nam na początku. Wrzucił je jako przykład na sito i wymieszał z innymi kamieniami. Ja patrzę przerażona na to co robi, bo przecież może ich już nie znaleźć! Ale oni się nie przejmują, są wręcz podekscytowani, że mogą nam to zademonstrować. Udają więc, że szukają tych szafirów w kamieniach i – o, proszę! Jest! Kobieta bierze szafir do ręki, podstawia pod światło i pokazuje, że to właśnie jest to, czego szukaliśmy. Na koniec podziękowałyśmy za ich uprzejmość i za to, że zechcieli nam to wszystko pokazać. Pan zaproponował, żebym została i szukała z nim szafirów. Odmówiłam…. Cóż…

 

Otwartość tych ludzi i ich chęć pokazania nam wszystkiego była niesamowita, jednak ich sytuacja życiowa pozostawia wiele do życzenia. Pracują w bardzo niebezpiecznych warunkach, schodząc pod ziemię, bez żadnych zabezpieczeń, a dostają za to naprawdę marne pieniądze. Ludzie, którzy skupują szafiry i sprzedają je za granicą zarabiają na tym ogromne sumy, a Malgaszom dostaje się niewiele.

(ciąg dalszy w następnym poście)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *