11 kwietnia zakończyłam swój wolontariat. 12 kwietnia ruszyłam w podróż po Madagaskarze – niesamowitą przygodę. Podróżowałam razem z Kamilą, z którą zgadałam się na Facebooku – obie szukałyśmy towarzysza i idealnie dopasowałyśmy się terminowo. Takie rozwiązanie może być ryzykowne, nigdy nie wiadomo na kogo się trafi… Ja jednak miałam ogromne szczęście, świetnie się dogadywałyśmy, a dzięki ciężkim warunkom, w jakich się podróżuje na Madagaskarze, szybko się do siebie zbliżyłyśmy. Kamila, jeśli to czytasz, to dziękuję Ci za wszystko :*.

Morondava

Z samego rana ruszyłyśmy z Tany na zachód, do Morondavy. Jest to miasto nad Kanałem Mozambickim, samo w sobie może mało interesujące, ale jest bazą wypadową na słynną Aleję Baobabów. Podróż minęła nam bardzo dobrze, udało nam się pojechać naprawdę porządnym busem i po trzynastu godzinach byłyśmy już na miejscu.

Dojechałyśmy wieczorem. Po wyjściu z busa otoczyła nas grupka Malgaszy – jedni proponowali taksówki, inni chcieli nas zaprowadzić do hoteli i już łapali się za nasze bagaże, żeby je tam zanieść. Próbowałyśmy się ich pozbyć, ale mimo wszystko jeden postanowił nam towarzyszyć. Nie miałyśmy zaplanowanego noclegu, dlatego ruszyłyśmy w stronę Rue De L’Independance, gdzie znajduje się najwięcej hoteli, a on poszedł za nami. Niewinnie zaczął rozmowę, pytał skąd jesteśmy i doradzał nam w wyborze noclegu. W końcu przeszedł do tego, na czym zależało mu najbardziej i złożył nam propozycję. Zaproponował, że zabierze nas następnego dnia na wycieczkę przez Aleję Baobabów do Rezerwatu Kirindy. Były to miejsca, które tak czy inaczej miałyśmy w planie zobaczyć, jednak chciałyśmy dotrzeć tam busami. Gość zaczął jednak opowiadać o fatalnym stanie drogi i o tym, że trzeba mieć specjalny samochód, bo inaczej nie da się przejechać ze względu na dużą ilość wody pozostałą po porze deszczowej. Oczywiście trochę przesadzał, bo ewidentnie chciał nas namówić, ale my i tak przyjęłyśmy jego propozycję. Stwierdziłyśmy, że dzięki temu zyskamy więcej swobody, będziemy mogły się zatrzymywać, gdzie tylko będziemy chciały i zobaczymy trochę więcej niż podczas przejazdu busem. Wytargowałyśmy cenę wycieczki, znalazłyśmy tani nocleg w uroczym bungalowie i spędziłyśmy wieczór wsłuchując się w dźwięki fal.

Rezerwat Kirindy

Z samego rana spotkałyśmy się z naszym “przewodnikiem”, który oczywiście musiał coś namieszać i oznajmił, że niestety nie może z nami pojechać, ale ma dla nas innego kierowcę. Zapewnił, że umie mówić po angielsku i zabierze nas we wszystkie ciekawe miejsca. Oczywiście facet nie umiał sklecić zdania po angielsku. Niesamowite, jak Malgasze potrafią kłamać tylko po to, żeby zdobyć klienta i zarobić… W każdym razie jakoś się dogadaliśmy i ruszyliśmy w drogę. Aleja Baobabów znajduje się ok. 15 kilometrów przed Morondavą. Potem skręca się w drogę którą jedzie się na północ w stronę Belo. Tam też znajduje się Rezerwat Kirindy. Jechaliśmy z zawrotną prędkością 30 km/h, bo dziury i zalane odcinki nie pozwalały na więcej.

Po drodze przejechaliśmy przez Aleję Baobabów, która jest po prostu odcinkiem drogi z największą ilością baobabów po bokach. Widok naprawdę niesamowity… Jest to zdecydowanie cud natury i miejsce jedyne w swoim rodzaju. Te ogromne drzewa towarzyszyły nam przez całą drogę do rezerwatu. Mijaliśmy też wioski, które zdawały się być kompletnie odcięte od świata, aż wreszcie wjechaliśmy w las, gdzie mieścił się park.

Sam rezerwat nie zrobił na nas jakiegoś wyjątkowego wrażenia. Był to przyjemny spacer po lesie, gdzie można było obserwować lemury w ich naturalnym środowisku. Udało nam się zobaczyć tylko dwa gatunki, w tym Sifakę – czyli jeden z najbardziej zagrożonych gatunków. Nie było nam jednak dane spotkać fossy, czyli małego drapieżnika, z którego obecności słynie rezerwat. Mimo wszystko sam pobyt w lesie, z daleka od cywilizacji był bardzo przyjemny. Droga, którą musieliśmy do niego pokonać była przepiękna i warto było wybrać się na taką przejażdżkę.

Zachód słońca na Alei Baobabów

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy świętym baobabie, gdzie nie można było wchodzić w butach. Gdy Malgasze chcą zaznaczyć, że dane miejsce lub rzecz jest święta, zawieszają tam lamby, czyli kolorowe kawałki materiału (zazwyczaj białe i czerwone).

Do Morondavy wracaliśmy tą samą drogą, dlatego znów przejeżdżaliśmy przez Aleję Baobabów. Postanowiłyśmy zostać, by obejrzeć zachód słońca, który na tle tych potężnych drzew wyglądał niesamowicie. Jest to chyba moja ulubiona pora dnia, jest w niej coś magicznego, coś co mnie inspiruje, zachwyca, ale tym samym wypełnia spokojem. Same baobaby zrobiły na mnie ogromne wrażenie, nie wyobrażam sobie być na Madagaskarze i nie zobaczyć tego miejsca.

Szalona podróż taxi brouss’em

Na noc wróciłyśmy do tego samego hotelu, a następnego ranka ruszyłyśmy dalej. Czekała nas podróż taxi brouss’em na południe kraju do Ranohiry, gdzie znajduje się wejście do Parku Narodowego Isalo. Udało nam się znaleźć bezpośredniego busa i czekała nas 26 godzinna podróż.

Kupiłyśmy bilety i czekałyśmy na “dworcu” na odjazd, który zaplanowany był na 7. Bus oczywiście ruszył z półtoragodzinnym opóźnieniem, jednak nie było to nic nadzwyczajnego. Gorsze było to, co czekało nas w środku pojazdu. Był to pierwszy typowy, malgaski taxi brouss, jakim jechałam. Wiedziałam, czego się spodziewać, a i tak przeżyłam szok. Gdy wpakowali nas w pięć osób na cztery siedzenia, dzieci usadzili na kolanach rodziców albo na podłodze między ich nogami, a za nami usiadł pan z kogutem, to zwątpiłam czy przetrwam ten dzień. W rekordowym momencie w naszym rzędzie znajdowało się 10 osób razem z dzieciakami. Było ciasno i gorąco, a ja przez pierwszą godzinę obmyślam plan ucieczki.

Po pewnym czasie jednak przyzwyczaiłam się do ścisku i jednej pozycji, w której musiałam siedzieć. Po drodze zatrzymywaliśmy się na jedzenie, gdyż podczas tak długiej drogi rozplanowane są postoje przy malgaskich jadłodajniach – można tam kupić bardzo prosty i tani posiłek. Gdy już myślałam, że nie jest w sumie aż tak źle, zaczęło padać. Był już wieczór, zrobiło się chłodniej, a woda wlewała się strugami przez okna, które się nie domykały. Byłam cała mokra, a moje siedzenie nasiąkło wodą. Potem przyszła noc, a ja zamarzałam przez zimny wiatr, który wpadał przez nieszczelne okna. Mimo zmęczenia nie mogłam spać, czego nie ułatwiał także głośnik nad moją głową, z którego non stop leciała malgaska muzyka, włączona na cały regulator. Wisienką na torcie był kogut, który od czasu do czasu przypominał nam o swojej obecności, nie mówiąc o koncercie jaki dał o świcie. Nie obyło się także bez postoju na poranną zmianę opon. W pewnym momencie Kamila mnie zapytała: “Marysia, czy ty się zastanawiałaś, dlaczego my sobie to robimy?”. No to zaczęłam się zastanawiać… Nie sądziłam, że jazda busem może być aż tak bardzo poza strefą mojego komfortu i wywoła we mnie tyle dziwnych reakcji i myśli. Czasem nie wiedziałam już, czy chcę płakać, czy się śmiać. Dużo mnie nauczyła ta podróż, ale też uodporniła na wszystkie następne. Bardzo doceniam też to, że nie byłam sama, zdecydowanie łatwiej było to znieść, mając przy sobie drugą osobę. Mimo wszystko, teraz wspominam to jako niezapomnianą przygodę. Warto jeździć lokalnymi środkami transportu, jest to świetny sposób, żeby doświadczyć kultury i życia Malgaszy. Uważam, że w podróży jest to jedna z najbardziej fascynujących rzeczy.

(ciąg dalszy w następnym poście)

7 Replies to “Tak się zaczęła nasza podróż po Madagaskarze! – Morondava, Aleja Baobabów, Kirindy.”

  1. Witam. Czy mogłabym wykorzystać Panu cudowne fotografie do konkursu szkolenego na temat niezwykłych krajobrazów?

  2. Jejuuuu jak cudnie! Mam dwa największe marzenia z dzieciństwa – Galapagos i Madagaskar – pierwsze spełniłam kilka tygodni temu, Madagaskar wciąż na mnie czeka 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *