Mahajanga (Majunga)

Mahajanga to miasto portowe nad Kanałem Mozambickim, na północnym – zachodzie Madagaskaru. Mieszka tam ok. 180 tysięcy ludzi, dzięki czemu jest zdecydowanie mniej przytłaczające niż Tana. W jej okolicach znajdują się naprawdę piękne plaże, a sama Mahajanga jest bardzo sympatycznym, malgaskim kurortem. Mój pobyt w tym miejscu był trochę dziwny. Na Madagaskarze spędzam czas z osobami, z którymi nie spodziewałabym się go spędzać. Zostałam zaproszona na wspólny wyjazd wielkanocny przez Kasię i Patrycję (założycielki Fundacji Ankizy Gasy) i ich grono przyjaciół. W sumie było nas dziewięć – trzy pary, ludzie różnej narodowości i w bardzo różnym wieku. Cudowne jest to, jak Madagaskar splata ze sobą losy ludzi.

Taxi brouss’em przez pół Madagaskaru.

Pierwszy dzień spędziłam w taxi broussie. Pokonanie 534 km zajęło nam jedenaście godzin. Jako że środkowa część Madagaskaru jest bardzo górzysta, pierwsze kilka godzin nie należały do najłatwiejszych. Podczas jazdy wąskimi, dziurawymi drogami z ogromną ilością zakrętów pomiędzy wzgórzami, można się nieźle pochorować. Z kolei po wyjeździe z gór zaczyna się upał. Zbliżając się do wybrzeża, powietrze robi się coraz cięższe i gorętsze. Wtedy najlepiej zastygnąć w jednej pozycji w busie, aby nie czuć tego, jak bardzo ciało zaczyna się kleić od potu. Mimo to, nasza podróż nie była najgorsza. Jechałyśmy jednym z lepszych busów, można trafić na taki, który przewozi dwa razy więcej ludzi niż jest miejsca, a na dachu wiezie bagaż wielkości samego samochodu. Dużą rekompensatą są też piękne widoki rozciągające się z każdej strony, przez całą długość trasy. Krajobraz cały czas się zmienia, dlatego nigdy się nie nudzi, a człowiek ma wrażenie, że sama jazda to zwiedzanie ogromnego rezerwatu przyrody. Tereny są rozległe i jedyne w swoim rodzaju. Przez większość czasu można podziwiać różne cuda natury, wioski mija się tylko od czasu do czasu, nie mówiąc o większych miastach. Tuż przed dojazdem do Mahajangi można podziwiać w oddali ogromną deltę rzeki Betsiboka z wieloma rozgałęzieniami. Podczas takiej jazdy nie ma rozplanowanych postojów, jeżeli pasażerom zachce się do toalety, bus po prostu staje pośrodku drogi. Wszyscy wychodzą na zewnątrz i wspólnie idą w krzaki.

Codzienność nad wybrzeżem.

Tak minął pierwszy dzień, gdy dojechaliśmy na miejsce było już ciemno. Mimo to, do późna siedziałam na plaży i oglądałam gwiazdy. Następne cztery spędziliśmy nad oceanem. Mieszkaliśmy w domku na plaży, więc czułam się jak w raju. Miejsce, w którym się zatrzymaliśmy znajdowało się poza Mahajangą. Była to nadmorska wioska położona przy plaży o nazwie Petite Plage. Było tam bardzo spokojnie – ani jednego turysty, tylko lokalni mieszkańcy. Mogłam całymi dniami obserwować, jak wygląda ich życie. Tutaj bardzo wielu ludzi zajmuje się rybołówstem. Codziennie o świcie szykują się do wypłynięcia, a potem znikają na kilka godzin. Pływają wąskimi, kolorowymi łódeczkami, z jednym dużym żaglem. Niektórzy zajmują się zbieraniem krabów i łowieniem małych rybek, brodząc w wodzie przy brzegu podczas odpływu. Trwa on od późnego wieczora do południa, potem zaczyna się przypływ. Różnica poziomów wody jest ogromna. Podczas odpływu plaża jest bardzo szeroka, a ocean tak płytki, że można iść i iść wgłąb, a nadal będzie się mieć wodę tylko po kolana. Z kolei podczas przypływu wzburzają się fale i zaledwie pięć metrów od brzegu nie czuć dna.

W raju…

Jestem przeszczęśliwa, że mogłam spędzić ten czas właśnie w tym miejscu. Plaża była piękna, woda ciepła i czysta, a dookoła rosły palmy. Siedziałam nad wodą i cieszyłam się słońcem. Chodziłam na spacery wzdłuż plaży, a woda łagodnie obmywała moje nogi. Gorący piasek palił stopy, skóra była wiecznie słona od wody morskiej, a włosy wilgotne od wielokrotnych kąpieli. Oglądałam wschody i zachody słońca, piłam kokosy i spałam na plaży pod gołym niebem.

Brakowało mi tego. Trochę spokoju i odpoczynku od głośnego miasta. Na Madagaskarze bardzo trudno jest znaleźć odludne miejsca. Mimo, że jest mnóstwo terenów, które są dzikie i niezamieszkałe to są bardzo trudno dostępne. Nie ma tu na tyle rozwiniętej sieci dróg, aby móc się po nich swobodnie poruszać. Trudno jest wyrwać się gdzieś tylko na chwilę, większość wyjazdów to prawdziwe wyprawy. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo jestem już zmęczona tym tłumem i zamieszaniem na ulicach. Nie powiem, że na plaży w Mahajandze nie było Malgaszy, którzy oglądali się za mną zaciekawieni. Przychodzili wręcz do nas do domu i wiecznie chcieli coś sprzedawać. Chodzili wzdłuż plaży i nosili na głowach kosze ryb, przekąsek, i owoców. Proponowali masaże, czesanie warkoczyków albo malunki na twarzy. Ciężko jest się ukryć przed Malgaszami, co po dłuższym czasie bywa uciążliwe, zwłaszcza dla introwertyczki i miłośniczki natury, takiej jak ja. Mimo to, na tej plaży zaznałam takiego spokoju, jakiego nie czułam dawno.

Wielkanoc.

Sama Mahajanga jest bardzo przyjemna. Wygląda jak zwykłe malgaskie miasto, ale wydaje się jakoś bardziej przestrzenna i nadmorska. Wszędzie rosną wysokie palmy z kokosami i kolorowe kwiaty. Najbardziej reprezentacyjna część to Boulevard, czyli promenada nad ujściem rzeki do oceanu. W trakcie odpływu, woda w tym miejscu ma intensywny, czerwony kolor. Dzieje się tak właśnie przez rzekę, która płynąc przez Madagaskar przybiera kolor gleby.

Wzdłuż Boulevardu przygotowana jest trasa spacerowa z ławkami i ozdobnymi palmami, a na środku znajduje się ogromny baobab. Wieczorem tętni tam życie. Sprzedawane są balony i lody, dzieci mogą się przejechać małymi samochodzikami albo karuzelą. Rozstawione są stragany z przekąskami i grillami. Miejsce to wygląda jak typowa, wakacyjna destynacja.

Podczas naszego pobytu była wyjątkowo zatłoczona ze względu na przerwę świąteczną. Ludzie świętują Wielkanoc po prostu imprezując i urządzając pikniki. Przez to, że przerwa ta jest dość długa, zaczynają już kilka dni przed świętami. Największa impreza odbywa się w niedzielę wieczorem, a w poniedziałek od rana ludzie zbierają się na plaży i piknikują przez cały dzień. Przychodzą całymi rodzinami, rozkładają maty do siedzenia i przynoszą mnóstwo jedzenia – wielkie garnki, sztućce i talerze. Nie mają żadnych tradycyjnych potraw wielkanocnych, dlatego znowu jedzą ryż. Cały czas gra muzyka, a ludzie tańczą. Jedyną rzeczą wspólną z polską Wielkanocą jest to, że w niedzielę idzie się do kościoła. Niesamowite jest to, jak nawet po takim świętowaniu, plaża pozostała czysta. Jeszcze przed Wielkanocą byłam zachwycona jej stanem. Jedyne śmieci, które można tam znaleźć to te, wyrzucone przez morze. Malgasze nie produkują dużo, a zazwyczaj zabierają je ze sobą, bo przecież wszystko można wykorzystać. Jedyną pozostałością po imprezie, jaką znalazłam była głową kurczaka pływająca przy brzegu.

Wycieczka ze szkołą St. Joseph

Po czterech dniach spędzonych nad oceanem, opuściliśmy nasz domek na plaży. Wszyscy wrócili do Tany, a ja zostałam na kolejne cztery dni razem z wycieczką szkolną. Tak się złożyło, że dzieci z naszej szkoły w Ambohidratrimo przyjechały w to samo miejsce, dlatego mogłam przedłużyć swój pobyt. Na wycieczkę pojechało 89 dzieci w wieku gimnazjalnym i 28 dorosłych – nauczyciele, siostry zakonne, które prowadzą szkołę i rodzice. Przyjechali tu 6 wynajętymi busami. Mieszkaliśmy w szkole na terenie Mahajangi. Tutaj były też gotowane posiłki.

Program wycieczki był dziwny. Niektóre miejsca, które odwiedzaliśmy nie były specjalnie interesujące, ale to dlatego, że na Madagaskarze jest mało miejsc do zwiedzania. Tutaj najcenniejsze jest bogactwo naturalne wyspy, nie ma zabytków i pięknych miast. Dlatego odwiedziliśmy takie miejsca, jak fabrykę mydła, która byłaby idealnym miejscem do nakręcenia horroru i muzeum Mahajangi, w którym było wszystko i nic – religie świata, historia Madagaskaru, trochę informacji o tutejszej florze i faunie oraz kilka eksponatów archeologicznych, a wszystko w jednym pomieszczeniu. Muzeum znajdowało się obok państwowego uniwersytetu, których jest na Madagaskarze tylko pięć. Byliśmy też w fabryce, gdzie buduje się statki i w hodowli ryb, krabów i krewetek. Tutaj spotkała mnie mała przygoda. Gdy dyrektor zakładu hodowlanego dowiedział się, że z wycieczką przyszła wazaha, zawołał mnie do siebie. Siedział przy zbiorniku z małymi rybkami i próbował zrozumieć instrukcję obsługi jakiegoś nowego urządzenia do wykonywania pomiarów chemicznych wody. Niestety była napisana po angielsku, a on nie znał języka na tyle dobrze. Skończyło się na tym, że tłumaczyłam mu, co do czego służy i jak wykonywać te wszystkie pomiary, mimo że sama nie miałam pojęcia o co chodzi – chemia nie jest moją mocną stroną. Zrobiłam jednak co mogłam, a on był zadowolony.

Miejsca te nie były specjalnie fascynujące, ale to chyba już jest regułą na całym świecie, że na wycieczkach szkolnych musi dziać się coś nudnego. Na szczęście spędziliśmy też trochę czasu nad morzem – na plażach Petit Plage i Grand Pavois. W pobliżu tej drugiej znajduje się przepiękne miejsce, zwane Cirque Rouge. Są to czerwono – różowe, erodujące skały, otoczone bujną zielenią. Byliśmy też w parku Reniala, gdzie można podziwiać kilka okazów baobabów i widok na rzekę Betsiboka.

Inne oblicze Malgaszy.

Ponieważ dzieci były w starszym wieku i nie wszystkie są objęte pomocą naszej Fundacji, nie czułam się tam specjalnie potrzebna. Nie miałam wcześniej lekcji z tymi klasami, dlatego mnie nie znali, a do tego sami świetnie potrafili się sobą zająć. Wśród rodziców i nauczycieli też byłam jakimś ewenementem. Zostałam potraktowana, jak jakaś biała dziewczyna, która nie wiadomo skąd się wzięła. Czuli się w obowiązku zapewnić mi wszystko co najlepsze. Dostałam osobny pokój z łóżkiem i toaletą, mimo że wszyscy spali w klasach na podłodze. Posadzili mnie w najlepszym miejscu w busie, chcieli po mnie zmywać naczynia i podawać jedzenie bez kolejki. Czułam się niezręcznie, ale nie byłam im w stanie wytłumaczyć, że nie muszą mnie traktować w taki sposób. Z jednej strony chcieli być mili, a z drugiej czułam przez to duży dystans. Niestety jest to typowe zachowanie względem białej osoby – zawsze jest się odmieńcem. Spotkało mnie tutaj też kilka nieprzyjemnych sytuacji, przez co miałam okazję poznać inne oblicze Malgaszy. Do tej pory miałam z nimi bardzo pozytywne doświadczenia, zawsze byli dla mnie mili i obdarzali mnie uśmiechami na każdym kroku. Podczas wycieczki dla większości z nich pozostałam bezimienną wazahą, zawsze jak coś chcieli tak na mnie wołali. Chodzili za mną i wiecznie prosili o pieniądze albo żebym im coś kupiła. I to niekoniecznie dzieci, tylko właśnie rodzice! Była taka jedna, okropna baba, która nie miała połowy zębów, a mówiąc pluła na wszystkie strony. Ciągle powtarzała “I am poor, give me money”, podczas posiłku podchodziła do mnie i chciała, żebym oddała jej swoje jedzenie, albo pokazywała na moje ubranie i prosiła, żebym jej dała na pamiątkę. Bardzo mnie to zmęczyło i zniechęciło do tych ludzi. Rozumiem, że idąc po ulicy w Tanie spotyka się mnóstwo bezdomnych, którzy proszą o pieniądze. Dla nich biały człowiek, to chodzący portfel i nie da się tego uniknąć. Ale żeby na wycieczce szkolnej, kiedy wiedzą że jestem wolontariuszką i że na co dzień im pomagam, też zachowywali się w taki sposób? To było bardzo męczące i trudne przeżycie.

Jeden wielki chaos!

Oprócz tego zaznałam takiego “mora mora”, jak nigdy. Jeżeli plan był, żeby pojechać gdzieś o 7 – wyjeżdżaliśmy o 9. Program zmieniał się co chwilę, przez co nigdy nie wiedziałam, gdzie teraz jedziemy i co w zasadzie robimy. Nie mogłam się dogadać z siostrą zakonną w sprawie kilku spraw, które miałam załatwić w imieniu Fundacji. Jedną z takich rzeczy, było kupienie lodów dla wszystkich uczestników wycieczki. Plan był taki, żeby zabrać dzieciaki na Boulevard i tam je kupić. No bo to przecież super sprawa – zjeść lody w wafelku, w takim wakacyjnym miejscu z widokiem na ocean. Ale nie. Jak już tam byliśmy, to nie było czasu, plan się zmienił. Mieliśmy tam wrócić następnego dnia. Nie wróciliśmy. Siostra natomiast zabrała mnie do supermarketu, gdzie kupiłyśmy lody w kubeczkach. Wszystko byłoby w porządku, gdybyśmy po drodze do szkoły, wioząc dwa kartony lodów, nie zatrzymały się na targu. Zrobienie zakupów trwało chyba z pół godziny, a lody stały w pełnym słońcu. Wiadomo w jaki stanie dojechały na miejsce… Na szczęście wszyscy i tak się bardzo ucieszyli, ale moja współpraca z siostrami była bardzo skomplikowana.

Nie było aż tak źle 😉

Wyjazd ten nie był dla mnie najłatwiejszy. Poznałam drugą stronę Malgaszy i zobaczyłam, jak wygląda ich sposób funkcjonowania. Było to męczące, ale dało mi niezłą lekcję. Malgasze to specyficzny ludzie, którzy mają niektóre zachowania tak głęboko w sobie zakorzenione, że nie sposób tego zmienić. Na szczęście było też kilka momentów, które wspominam bardzo dobrze – kiedy byłam świadkiem min. młodszych dzieciaków, które pierwszy raz widziały ocean, kiedy kąpałam się z nimi w wodzie i starałam się nauczyć ich pływać, kiedy 6 wesołych autobusów jechało przez bezdroża Madagaskaru. Nie wszyscy mieli też do mnie takie dziwne nastawienie. Nauczyciele, którzy potrafili chociaż trochę mówić po angielsku, zawsze starali się nawiązać rozmowę, coś mi opowiedzieć, czy pożartować. Po kilku dniach nabrałam już dystansu do tego przeżycia i cieszę się, że miałam okazję tego doświadczyć, aczkolwiek chyba drugi raz bym tego nie powtórzyła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *