Jest to najdłuższy wpis, jaki do tej pory tu dodałam. To dlatego, że o mieszkańcach Madagaskaru można opowiadać w nieskończoność. Ludzie ci bardzo mnie sobą zafascynowali, wielokrotnie zaskakiwali, czasem denerwowali, ale zawsze obdarowywali uśmiechem. Opisałam tu kilka obserwacji i ciekawostek, które są dla mnie najbardziej interesujące. Jest to oczywiście subiektywny tekst – nie byłam wszędzie i nie widziałam wszystkiego ;).

Madagaskar, a reszta świata.

Madagaskar to afrykańskie państwo wyspiarskie na Oceanie Indyjskim. Co prawda sami Malgasze uważają, że nie należą do Afryki – dla nich Madagaskar, to po prostu Madagaskar i koniec. Rzeczywiście różni się on od kontynentu pod wieloma względami. Nie ma tu słoni, lwów i żyraf, a krajobrazy są jedyne w swoim rodzaju. Stało się tak dlatego, że kilkadziesiąt milionów lat temu, Madagaskar odseparował się od reszty świata. Umożliwiło to powstanie całkowicie nowego ekosystemu, innego niż gdziekolwiek indziej. Dlatego na Madagaskarze jest bardzo wiele gatunków zwierząt i roślin, których nie spotka się w żadnym innym miejscu na Ziemi – chociażby najbardziej popularnych tu baobabów i lemurów. Niestety, wiele unikalnych gatunków jest zagrożonych wyginięciem przez szkodliwe działanie ludności. Malgasze wycinają lasy deszczowe pod uprawy ryżu, a jeszcze do niedawna praktykowali polowania na lemury. Działania te wynikają z niskiego poziomu edukacji i skrajnej biedy.

Liczba ludności na Madagaskarze wynosi ok. 25 milionów, przy czym ma ona tendencję wzrostową. Pochodzenie Malgaszy jest bardzo ciekawe. Cześć społeczeństwa wywodzi się z Afryki kontynentalnej, cześć z Azji (min. z Indonezji), a część z krajów arabskich. Obecnie na Madagaskarze mieszka 18 plemion, a każde z nich ma swój własny dialekt i odmienne tradycje. Niektóre plemiona się nie lubią,. Różnice językowe sprawiają, że Malgasze z innych regionów mogą mieć problemy z dogadaniem się. Wielu z nich potrafi bardzo dobrze mówić po francusku. Jest to drugi (po malgaskim) język urzędowy – widoczny skutek kolonii francuskiej. Madagaskar uzyskał niepodległość dopiero w 1960 roku, przez co wpływy dawnych kolonizatorów są nadal widoczne. Idealnym tego przykładem są imiona – niektóre są typowo malgaskie i bardzo egzotyczne tj. Sandratra, Finaritra, Fitiavana, Manana, Tsoa, Tamby, czy Fanomezantsoa, a inne mają pochodzenie francuskie np. Jean – Chris, Juliette, Yvette, Sandra, Alan i Marcelline.
Malgasze dzielą ludzi na mieszkańców Madagaskaru – gasy (czyt. gasi) i białych ludzi – vazaha (czyt. waza). Codziennie na ulicy słyszę “Salama vazaha”, czyli “dzień dobry, biały człowieku”. Nie ma to jednak negatywnego, czy rasistowskiego brzmienia – jest to zwykłe słowo, używane na porządku dziennym. Malgasze są raczej pozytywnie nastawieni do białych, zazwyczaj są bardzo zaciekawieni i próbują nawiązać rozmowę. Można się jednak spotkać z rasistowskimi sytuacjami, przede wszystkim jeśli chodzi o ceny – wizyta u lekarza jest dla nas dwa razy droższa, a bilety wstępu do parków narodowych mogą być nawet kilkanaście razy wyższe. Malgasze po prostu wychodzą z założenia, że jeśli jesteś biały, to musisz być bogaty.

Jak wyglądają Malgasze?

Jest to bardzo ciekawa sprawa, ponieważ mieszkańcy Madagaskaru bardzo się od siebie różnią. Niektórzy mają wyjątkowo ciemną skórę, bujne, kręcone włosy i wyglądają, jak typowi mieszkańcy Afryki kontynentalnej. Inni bardziej przypominają Azjatów – mają lekko skośne oczy, żółtawą karnację i proste włosy. Jeszcze inni mają arabską, bądź hinduską urodę. Jest to spowodowane różnym pochodzeniem ludności Madagaskaru. Na przestrzeni wieków geny się tutaj wymieszały, dlatego Malgasze są dosyć zróżnicowani pod względem wyglądu. Występuje pomiędzy nimi rasizm – im bardziej człowiek czarny, tym gorszy… Bardzo trudna jest dla mnie ocena ich wieku. Wszyscy wyglądają zdecydowanie młodziej od tego, na co w rzeczywistości wskazuje ich wiek. Inną sprawą jest to, że żyją też krócej, na ulicy nie widać zbyt wielu naprawdę starych ludzi. Przeważają osoby młode i dzieci, a kobiety w ciąży można spotkać na każdym kroku.
Większość Malgaszy nie zna raczej takiego pojęcia, jak “moda”. Oczywiście zależy to od poziomu zamożności, ludzie, którym się dobrze powodzi są bardzo zadbani. Jednak większość społeczeństwa jest tutaj naprawdę biedna, dlatego ubiera się w to, co posiada od lat lub co uda się kupić na tanich targach używanej odzieży. Bardzo często można zobaczyć Malgaszy w podartych, brudnych ubraniach, dziurawych butach lub bez nich. Zacierają się też różnice między tym, co damskie, a męskie. Jeżeli buty lub koszulka pasuje rozmiarem, nikt nie przejmuje się tym, że jest przeznaczona dla płci przeciwnej. Dlatego widuję tu mężczyzn w różowych sandałach i dzieci chodzące po ulicy w piżamach. Kolczyki są tu jednak popularne, kobiety przekłuwają nosy i uszy, a jeśli nie mają kolczyków, wkładają w dziurki np. patyczki.

Według mnie są to w większości atrakcyjni ludzie. Czasem jednak zdarza się, że widzę naprawdę ładną kobietę, lecz czar pryska, gdy ta się uśmiecha. Dlaczego? Bo brakuje jej na przykład połowy zębów… A mówią, że uśmiech dodaje urody… Przeważnie ludzie mają tu wybrakowane lub bardzo zniszczone zęby. Większość kobiet nie goli też swojego ciała. Nikogo tu nie dziwi to, że mają włosy na nogach, czy pod pachami – jest to po prostu naturalne. Malgasze raczej nie używają szamponów i żeli do kąpieli, dlatego pachną w bardzo specyficzny sposób. Było to coś, co od razu zauważyłam pracując z dziećmi – nie chodzi o to, że śmierdzą, ale mają bardzo dziwny zapach. Z tego samego powodu kobiety zaplatają sobie miliony warkoczyków na głowie – w taki sposób łatwiej utrzymać higienę i uniknąć wszy.

Gdzie mieszkają Malgasze?

W miastach warunki mieszkalne są całkiem dobre. Wielu ludzi ma porządne, murowane domy, chociaż zdarzają się i ludzie bezdomni. W Antananarywie mieszkają całe grupy tak zwanych dzieci ulicy, które zostały porzucone i od najmłodszych lat muszą radzić sobie same.
To, z czego budowane są budynki zależy od regionu. Są miejsca na Madagaskarze, gdzie buduje się lepianki z gliny, są takie z chatami z drewna, patyków i liści palmowych, są domy z cegieł albo z blachy. Ludzie po prostu wykorzystują najtańszy i najłatwiej dostępny surowiec. Inaczej wygląda to w miastach, a inaczej w wioskach, znajdujących się na kompletnym odludziu.
Warunki mieszkalne to przede wszystkim kwestia zamożności. W miastach widać bardzo duże rozwarstwienie społeczne. Można tu zobaczyć zarówno ogromne wille, jak i rozpadające się chałupy. Byłam w kilku malgaskich domach i według mnie, można je podzielić na kilka kategorii.

Najbiedniejsi.

Mieszkają w domach bez prądu i wody. Poza miastem całe wioski są pozbawione elektryczności. W miastach tworzą się całe osiedla takich domów, zwane “habitatami”. Odwiedziliśmy jedno z nich razem z Fundacją – mieszka tam wiele dzieci, którymi się ona opiekuje. Domy są w tragicznym stanie, w środku wyglądają jak brudne piwnice. Mają jeden lub dwa pokoje, jest tam ciemno i czuć zapach stęchlizny. Malgaskie rodziny są zazwyczaj bardzo liczne, co oznacza, że nawet kilkanaście osób śpi w jednym pomieszczeniu, dzieląc łóżko lub kawałek podłogi. Często taki dom jest też miejscem pracy rodziców. Matki zajmują się rękodziełem lub gotują przekąski, które potem sprzedają na ulicy. Jeśli ktoś chce się umyć, musi sobie przynieść wodę z punktu poboru wody, wspólnego dla całego osiedla. Toaleta również jest dzielona przez wszystkich mieszkańców albo w ogóle jej nie ma. Malgasze nie mają problemu z tym, żeby oddawać mocz w miejscach publicznych, dlatego na ulicy może czasem zalecieć nieprzyjemnym zapachem…

Poznałyśmy też pewnego dnia kobietę o imieniu Jaris. Na moje oko miała ok. 60 lat. Po pewnym czasie spędzonym w naszym towarzystwie, ośmieliła się i zaprosiła nas do domu. Mieszkała na tyłach targu w Ambohidratrimo. Były to dwa małe pomieszczenia, przy czym większość jednego zajmowała wielka maszyna do ręcznego robienia nadruków na koszulkach. Madame Jaris zajmowała się nanoszeniem logo firmy madagaskarskiego rumu – Dzamy. Pokazała nam, jak to działa, jednak nie to zrobiło na mnie największe wrażenie. Jej dom wyglądał bardziej jak warsztat, fabryka, wszędzie były rozrzucone narzędzia, farby i materiały, a na środku ta wielka, przedpotopowa maszyna do robienia nadruków. Nie przypomniało to miejsca, w którym się mieszka. Dopiero po kilku chwilach zauważyłam w kącie pokoju śpiące dzieci…

Klasa średnia.

Na polskie standardy również uzanoby ich życie za bardzo biedne. Takie domy nie przypominają już rozsypujących się chałup. W środku są zdecydowanie bardziej zadbane i mają prąd. Niektóre mogą mieć bieżącą wodę, inne nadal nie. Toalety często znajdują się poza domem, ale na terenie należącym do mieszkańców – jest to po prostu dziura w ziemi za ceglana ścianką. Malgasze mają bardzo osobliwy sposób zabezpieczania się przed niechcianymi gośćmi. Mało kogo stać na porządne ogrodzenie, dlatego na etapie budowy muru, wbijają w niego odłamki szkła.. Są też oczywiście domy o przeciętnym, polskim standardzie. Takie najzwyklejsze, z łazienką, toaletą i prądem. Podczas wolontariatu mieszkam właśnie w takim. Czuję się tutaj, jak w prawdziwych luksusach. Sam fakt, że mam do dyspozycji bieżącą wodę i prąd, świadczy o tym, że żyję lepiej niż większość Malgaszy. Wieczorem można zobaczyć, jak niewiele domów ma dostęp do prądu. Widać tylko pojedyncze światełka w ciemności.

Ludzie bogaci. I to bardzo.

Nie miałam pojęcia, że istnieją na Madagaskarze takie domy, dopóki nie zobaczyłam jednego na własne oczy. Dla Fundacji Ankizy Gasy pracuje Ony. Pochodzi ona z przeciętnej rodziny, jednak jej siostra dorobiła się sporego majątku i wyszła za bardzo bogatego mężczyznę. Ony dostała od nich propozycję wspólnego mieszkania, aby mogła dalej się realizować w pracy na rzecz dzieci, a tym samym mieć porządne miejsce do życia. Miałam okazję być u nich w domu, kiedy organizowaliśmy urodzinową imprezę niespodziankę dla Kasi, jednej z założycielek Fundacji. Przyjechaliśmy tam rano, żeby wszystko przygotować i gdy tylko przekroczyliśmy próg, zamurowało nas. Do domu wjeżdża się przez ogromną i solidną bramę. Na podjeździe stoi kilka drogich samochodów, a zaraz obok widać zakręcające schody prowadzące na taras. Wyglądają trochę, jak część jakiegoś pałacu – z ozdobną poręczą i kolumienkami. Przy wejściu do domu swoje pomieszczenie ma służba. Tak, dokładnie! Służba! Kilka osób do sprzątania, gotowania, dbania o ogród i pilnowania bezpieczeństwa. W środku znajduje się kilka sypialni dla mieszkańców, łazienki i orgomny salon z kuchnią.

Jest to tak duża przestrzeń, że możnaby się tam zgubić. W salonie jest tyle kanap i foteli, że nie wiadomo na czym usiąść, a kuchnia jest elegancka i bogato wyposażona. Korzystaliśmy z niej przygotowując jedzenie na nasze małe przyjęcie. Nie mogliśmy jednak liczyć na pomoc Ony. Mimo, że mieszka w tym domu od dawna, nie miała pojęcia, gdzie znajdują się podstawowe przedmioty codziennego użytku. Jest zbyt przyzwyczajona, że każdego dnia ktoś nakrywa jej do stołu i podaje gotowy posiłek, żeby wiedzieć gdzie są pochowane garnki, albo w jaki sposób włączyć kuchenkę… Nie mam pojęcia, jak to możliwe, że tacy ludzie mieszkają w tym kraju. Nigdy bym się tego nie spodziewała, zwłaszcza widząc, jak żyje reszta społeczeństwa. Jedyne co mi się tam podobało, to widok z tarasu na Antananarywę i pola ryżowe, które w porze deszczowej zamieniają się w jezioro.

Zanieczyszczenia i transport.

Ze względu na to, że większość ludzi żyje w biedzie, rzadko kiedy coś się tu marnuje. Ludzie zbierają wszystko na wypadek, gdyby jeszcze kiedyś miało się przydać. Naprawiają rzeczy dopóki nie będą kompletnie bezużyteczne, ale wtedy też ich nie wyrzucają, tylko wykorzystują do czegoś innego. Dzięki temu, Malgasze nie produkują aż tyłu śmieci co my. Nie kupują też produktów w opakowaniach, większość z nich zaopatruje się na straganach, gdzie zakupy nie są w nic pakowane. Mimo tego, że odpadów jest mniej niż u nas, to nadal powstają wysypiska śmieci. Jedne są większe, inne mniejsze. Nie ma dla nich konkretnie wyznaczonych miejsc – ktoś wyrzuci gdzieś swoje śmieci, potem przyjdzie kolejna osoba i dorzuci swoje i tak tworzą się góry odpadów nawet w środku miasta. Jest też sporo śmieci po prostu walających się przy ulicy, nie ma tu koszy na śmieci, dlatego ludzie wyrzucają je gdzie popadnie.

Możnaby pomyśleć, że skoro jest to taki dziki kraj, to powietrzne będzie tu bardzo czyste. Otóż nie… Przynajmniej nie w okolicach zabudowań. Może i tylko pojedyńcze osoby mają tu samochody, ale za to palą takim świństwem, że wytwarzają zanieczyszczenia, jak sto pojazdów. Z kolei, żeby zaoszczędzić benzynę, z górki zawsze zjeżdżają na luzie. Większość ludzi porusza się tutaj jednak taxi brousse’ami, czyli małymi busami, które zabierają znacznie więcej osób, niż wydaje się to możliwe. Ludzie jeżdżą w ścisku, po trzy osoby na dwóch siedzeniach, nie mają też problemu z przewożeniem na kolanach kur. Czasem w przejściu pomiędzy fotelami kładziona jest deska, na której siada dodatkowa osoba. Do takiego busa wchodzi się od tyłu. Przy wejściu stoi pan, który na każdym przystanku nawołuje dokąd dany bus jedzie. Ilekroć nie przychodzę obok przystanku autobusowego, wszyscy zawsze bardzo nalegają żebym jechała razem z nimi. To, że akurat nigdzie się nie wybieram ich nie obchodzi, mają nadzieję, że w jakiś sposób namówią mnie na przejażdżkę. Drogi na Madagaskarze są w fatalnym stanie, dlatego przemieszczanie się zajmuje bardzo dużo czasu. W miastach z kolei traci się go stojąc w ogromnych korkach. Nie ma sygnalizacji świetlnej, dlatego na największych skrzyżowaniach stoi policja i kieruje ruchem. Wszędzie towarzyszy jednak głośnie trąbienie. W ten sposób kierowcy ostrzegają przechodniów albo innych kierowców, że nadjeżdżają. Jest to też rodzaj powitania i pozdrowienia.

Jak wygląda edukacja na Madagaskarze?

Do szkoły idą ci, których na to stać. Jest to trochę paradoksalne, bo edukacja na Madagaskarze jest obowiązkowa, mimo to, wszystkie szkoły są płatne. Koszt nauki różni się w zależności od poziomu. Podstawówka jest najtańsza, liceum trochę droższe, a najdroższe są studia (czasem jest to 3 zł, czasem 15 zł miesięcznie – dla nas śmiesznie mało, dla nich niewyobrażalnie dużo). Jako że rodziny są tu bardzo liczne, bywa, że posyła się do szkoły tylko jedno dziecko. Ci, którzy mają to szczęście, od najmłodszych lat uczą się języka francuskiego – jest to język urzędowy i od początku wszystkie lekcje są w nim prowadzone. Bierze się to stąd, że nie wszystko da się wytłumaczyć po malgasku. Naukowe pojęcia po prostu nie zostały przetłumaczone, a język ten jest zbyt ubogi, żeby je wytłumaczyć, dlatego wszystkiego naucza się po francusku. Ludzie, którzy nie uczęszczają do szkoły znają tylko pojedyncze zwroty podłapane od społeczeństwa. Są jednak i tacy, którzy kładą tak duży nacisk na naukę francuskiego wśród swoich dzieci, że przestają one w ogóle mówić po malgasku.

Dzieci, które nie mają możliwości nauki, pracują już od najmłodszych lat. Jako maluchy często są zabierane przez rodziców do pracy. Na polach ryżowych można zobaczyć kobiety z dziećmi na plecach, a na targowiskach śpiące maluchy leżące pod stołami na ziemi lub na workach z ryżem. Dzieciaki szwendają się po ulicy i bawią się czym popadnie. Ze wszystkiego są wstanie zrobić sobie zabawkę. Popularną zabawą jest zabawa kamieniami. Uderzają nimi o siebie i w ten sposób opowiadają przeróżne historie. Wyrażają też w ten sposób swoje uczucia. Poniżej zdjęcie dzieciaków bawiących się zakrętką od butelki, obok sklepu, w którym pracują rodzice.

Czym się zajmują Malgasze?

Na Madagaskarze ludzie wykonują głównie pracę fizyczną. Większość ludzi zajmuje się rolnictwem – uprawą ryżu, warzyw i owoców, które potem sprzedaje na straganach. Niektórzy posiadają też swoje zwierzęta. Bardzo charakterystyczne dla Madagaskaru jest zebu – czyli krowa z garbem na plecach, która jest symbolem bogactwa.

Malgasze nie są zmechanizowanym społeczeństwem, dlatego wszystko trzeba tu robić ręcznie – zarówno pracując w polu, jak i np. na budowie. Nieraz widziałam, jak mężczyźni przerzucają między sobą cegły, co za każdym razem przyprawia mnie o ciarki na plecach.
Zarobki na Madagaskarze są bardzo niskie. Nauczyciele zarabiają ok. 150 zł miesięcznie. Nasza znajoma Nirina, która jest kucharką w restauracji, również nie wyciąga więcej niż 200 zł. A co dopiero mają powiedzieć ludzie, którzy żyją ze swojego małego pola ryżowego za domem… Zdarzają się jednak wyjątki. Pewnego dnia poznałam Haniczę – kobietę, której powodzi się znakomicie. Jest samotną trzydziestolatką, która mieszka w willi, ma swoich kierowców i ludzi, którzy robią za nią zakupy. Ma swój biznes, a mianowicie zajmuje się hodowlą roślin, które eksportuje za granicę. Dziewczyna była przemiła, ale wydała mi się kompletnie nieprzystosowana do życia na Madagaskarze. Kiedy szłyśmy wzdłuż ruchliwej ulicy, wyglądała na naprawdę przerażoną, a gdy przechodziłyśmy obok zatłoczonego marketu, przyznała się, że ostatni raz była w takim miejscu, gdy miała 9 lat.

Co jedzą?

Ilości jedzenia, które spożywają Malgasze nie są zbyt duże… A do tego wykonują głównie wymagające prace fizyczne. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni dźwigają wszystko na głowach – worki, wiadra, paczki, pudła, kosze. Z tego powodu są bardzo szczupli i umięśnieni. U nas ludzie stosują miliony diet i męczą się treningami na siłowniach tylko po to, żeby wyglądać tak, jak Malgasze, którzy są po prostu niedożywieni.

Ich głównym pożywieniem jest ryż i jedzą go trzy razy dziennie. Choć niestety, są i tacy, których nie stać nawet na to… Tutaj mało kto zastanawia się nad tym, co je. Malgasze po prostu cieszą się, gdy mają co jeść. Na Madagaskarze nie ma specjalnie tradycyjnej kuchni. Większość społeczeństwa odżywia się w bardzo prosty sposób. Ryż może być przyrządzany na milion sposobów – z solą, bez soli, z wodą po gotowaniu, na sucho, z dodatkami albo bez. Czasem zjedzą z nim trochę warzyw, czasem trafi się kawałek mięsa albo ryby i owoców morza – to zależy od regionu, w którym mieszkają. Jedzą też dużo bananów. Jest taki tradycyjny deser – koba, czyli ciasto bananowe z mąką ryżową albo rozdrobnionymi orzeszkami, zawinięte w liście bananowca i w ten sposób upieczone. Ma bardzo specyficzny, wędzony smak.

Na ulicy można kupić też dużo smażonych przekąsek. Zazwyczaj są to jakieś placuszki ziemniaczane, słodkie kulki z ryżu, banany w cieście lub małe, nadziewane papryczki. W drogich restauracjach można dostać dobrej jakości mięso – najbardziej charakterystycznym dla Madagaskaru gatunkiem jest zebu, jednak wiele serwowanych potraw to dania zapożyczone z innych części świata – pizza, spaghetti, hamburgery i makarony przyrządzane po azjatycku. Restauracje nie są jednak miejscami często odwiedzanymi przez Malgaszy – chyba, że tych bogatych. Zawsze gdy widzę tu kogoś bardziej przy kości, wiem, że jest to osoba, której się powodzi w życiu.

Uczciwi, czy nie?

Ze względu na biedę panującą na Madagaskarze, zdarzają się tu kradzieże. W Antananarywie trzeba być bardzo ostrożnym i najlepiej nie nosić nic cennego przy sobie, bo ktoś może najzwyczajniej w świecie podbiec i wyrwać z ręki telefon, czy torebkę. Tutaj w Ambohidratrimo nie ma aż takiego zagrożenia. Ludzie są przeważnie uczciwi. Kiedyś kupowałam w małym sklepie mleczko kokosowe w puszce, sprzedawca nie wydał mi reszty, ale machnęłam na to ręką. Wydało mi się trochę droższe niż poprzednio, ale stwierdziłam, że po prostu coś się zmieniło, bo zdarza się, że Malgasze codziennie ustalają nowe ceny. Wracając do domu, po kilku minutach słyszę, jak ktoś woła “Excuse me lady, come back”. Rozglądam się dookoła i widzę, że biegnie za mną pan ze sklepu. Wracam więc za nim przez pół miasteczka, a on oddaje mi resztę z zakupów. Chodziło o niecałe dwa złote, nie musiał za mną biec, zwłaszcza, że sama wyszłam ze sklepu. Zaskoczyło mnie to w bardzo pozytywny sposób. Niektórzy są tutaj uczciwi co do grosza i zawsze pilnują, aby prawidłowo wydać resztę. Są jednak i tacy, co biorą banknot, który się im daje i nic już nie zwracają. Nie ma sensu się jednak z nimi kłócić, bo dla nas jest to naprawdę niezauważalna różnica.

Co robią Malgasze w czasie wolnym?

Oprócz pracy, która przynosi im zarobki, Malgasze mają też dużo zajęć domowych, które nam zajmują znacznie mniej czasu. Trzeba przynieść wodę do domu, rozpalić w piecu albo palenisku, żeby coś ugotować, ściąć trawę kosą, zrobić pranie – zazwyczaj w rzece lub w jeziorze i poczekać aż wyschnie na słońcu. Ubrania pierze się zazwyczaj w sobotę, wtedy wszędzie można zobaczyć kolorowe kawałki materiału leżące na ziemi, nawet przy ruchliwej ulicy.

Malgasze mają jednak swoje rozrywki. Większość z nich nie ma telewizorów i komputerów, dlatego więcej czasu spędzają na zewnątrz. Dzieci są kreatywne i wykorzystują do zabawy wszystko, co mają pod ręką. Dorośli po prostu się spotykają i spędzają ze sobą czas. Bardzo popularne są tutaj gry zespołowe, takie jak piłka nożna lub koszykówka. Spotykają się na boiskach i organizują sobie mecze, na które przychodzą również widzowie.

Nie co mniej pochwalane są przeze mnie inne turnieje, a dokładniej mówiąc – walki kogutów. Wiem, gdzie znajduje się miejsce w Ambohidratrimo, w którym się takowe odbywają, ale nie miałam jeszcze okazji ich oglądać. I chyba nie chcę… Aczkolwiek jest to bardzo popularna rozrywka dla mężczyzn. Czasem organizują sobie mini turnieje u siebie na podwórkach wraz z kolegami. Każdy przynosi swojego koguta i są zadowoleni.
Malgasze uwielbiają tańczyć i śpiewać. Bardzo łatwo im to przychodzi i są w tym na prawdę dobrzy. Na zajęciach z dziećmi bardzo często słyszę, jak sobie podśpiewują, a jak jedno zacznie to zaraz wszystkie śpiewają chórem. Ludzie lubią też chodzić do barów, aczkolwiek życie nocne nie trwa tu zbyt długo. O 21 ulice są już opustoszałe, a wszystkie imprezy skończone. O tej porze roku robi się ciemno ok. 18.30. Ludzie chodzą tu spać bardzo wcześnie, aby z samego rana rozpocząć dzień, dlatego nie ma zbyt wielu amatorów nocnego życia. Nie mają jednak problemu z tym, żeby w sobotę siedzieć w barze już od południa ;).

W co wierzą?

Czarownice

Coraz więcej ludzi na Madagaskarze to chrześcijanie. Mimo to, nadal większość z nich wyznaje wierzenia tradycyjne. Wierzą w czarownice, duchy, opętania i magiczną moc ziół. Moją ulubioną historią jest ta o czarownicy. Malgasze wierzą, że niektóre kobiety są wiedźmami i po kryjomu odprawiają różne czary. Mówi się, że mężczyźni nie powinni wychodzić w nocy z domu, bo mogą spotkać taką czarownicę. Będzie to naga kobieta, cała wysmarowana olejem kokosowym, dlatego nie da się jej złapać. Wiedźma może napaść na mężczyznę, wskoczyć na niego i jechać na nim, jak na koniu, aby na końcu wylądować z nim na grobowcu. W zasadzie, to nikt do końca nie wie, po co miałaby to robić, ale są mężczyźni, którzy obudzili się rano na grobie i twierdzą, że to sprawka takiej czarownicy. Historia jest absurdalna, ale ludzie w nią wierzą i naprawdę się jej obawiają. Podobno dobrym sposobem na odstraszenie czarownicy jest wieszanie kości zwierząt w okolicy domu. Kiepski los czeka kobietę, która jest oskarżona o bycie wiedźmą. Ludzie się jej boją, unikają jej i mogą chcieć jej poważnie zaszkodzić. Wtedy życie całej rodziny jest utrudnione – jest odrzucona na margines społeczny, a dzieci są wytykane palcami.

Po śmierci…

Malgasze wierzą też w kult zmarłych. Czczą ich, ponieważ chcą, aby byli dla nich przychylni. Duchy zmarłych krążą wśród ludzi i mogą zesłać na nich kłopoty, jeżeli poczują się obrażone. Dlatego Malgasze bardzo dbają o swoich przodków i składają ofiary np. z kurczaków… Jest to też powód, dla którego ludzie mają po kilkanaście dzieci. Na początku mojego pobytu zastanawiałam się, dlaczego ci ludzie mają ich aż tyle, skoro tak ciężko jest im je wszystkie wyżywić, nie mówiąc o zapewnieniu edukacji. Antykoncepcja powoli dociera na Madagaskar, mimo to, niektórzy z wyboru się nie zabezpieczają. Oni właśnie chcą mieć jak najwięcej dzieci, po to, aby po ich śmierci potomkowie dbali o ciało i modlili się do nich. Im więcej dzieci, tym lepsza gwarancja dobrego życia po śmierci. Zmarłych chowają w wielkich grobowcach, w których zazwyczaj mieści się nawet 80 osób. Często znajdują się one w ogródkach przy domach i są od nich w zdecydowanie lepszym stanie. Raz na siedem lat następuje ceremonia zwana Famadihana, czyli “przewracanie nieboszczyka”. Jest to kilkudniowa uroczystość, na którą zaprasza się całą rodzinę i wszystkich znajomych. Otwiera się wtedy grobowiec, wyciąga kości, czyści się je i owija w nową lambę (materiał). Jest to radosne święto, któremu towarzyszą tańce i śpiewy.

Szamani i zioła

Malgasze wierzą też w różne działania ziół i roślin. Niektóre mają zastosowania lecznicze, inne wręcz magiczne. Korzystają oni z usług szamanów, ponieważ nie stać ich na normalnego lekarza. Ziołami można też kogoś odurzyć, sprawić, żeby się zakochał, albo ściągnąć na niego złe duchy. Gdy przyjechałam na Madagaskar, przez kilka pierwszych dni w kuchni stał gar z jakimś śmierdzącym zielskiem zamoczonym w wodzie. Po pewnym czasie, wreszcie zapytałam się, co to właściwie jest. Okazało się, że był to garnek, który stał u mnie w pokoju przed moim przyjazdem, aby oczyścić go po poprzedniej wolontariuszce. Wywar miał wypędzić z niego złe moce… W sumie chyba zadziałało, bo nie nawiedził mnie jeszcze żaden duch ;).

Inne zwyczaje

Tabu

Są rzeczy, których nie wolno robić, albo nie wolno mówić. Są regiony, gdzie nie można wspominać zmarłego męża, bądź ojca. Malgasze nie mówią też nic wprost, jak coś im nie pasuje to, to przemilczą. Jeżeli usłyszą coś co ich urazi (nawet jeśli nie jest to niegrzeczne), potrafią się obrazić i to na długo. W innych miejscach nie wypada pokazywać na nic prostym palcem, można za to go ugiąć i w ten sposób coś wskazać. Nie wypada też przechodzić przed kimś siedzącym. Wtedy trzeba schylić głowę i powiedzieć “Azafady”, czyli przepraszam. Jest to wyraz szacunku.

Obrzezanie

Na Madagaskarze powszechnym zwyczajem jest obrzezanie małych chłopców. Na uroczystość zapraszana jest cała rodzina, która obserwuje zabieg. Na koniec najstarszy mężczyzna w rodzinie dostaje napletek na czubku banana i musi go zjeść. Mniam…

Mora mora…

Powiedzenie, o którym wcześniej już wspominałam. Jest to kwintesencja życia na Madagaskarze. “Mora mora” oznacza “spokojnie, bez pośpiechu”. Odnosi się zarówno do codziennych sytuacji, kiedy ludzie się spóźniają, wszytko robią powoli i dziesięć razy zmieniają zdanie, jak i do stylu życia Malgaszy. Mam wrażenie, że dla nich jest to bardzo naturalne. Oni nigdzie się nie śpieszą, bo po co? Życie im nie ucieknie, nie ma tu pędu za karierą i presji społeczeństwa. Ludzie cieszą się chwilą i wolą sobie posiedzieć i na spokojnie porozmawiać z sąsiadem. Bardzo w nich to lubię, chociaż bywa to uciążliwe, kiedy człowiek stara się coś załatwić. Moja cierpliwość była wiele razy wystawiana na próbę, chociażby podczas mojej pracy w szkole. Nikt nie zadaje sobie tutaj trudu, aby poinformować o tym, że któreś zajęcia się nie odbędą. Nie wiem, ile razy chodziłam do szkoły, tylko po to, żeby usłyszeć, że dzisiaj lekcji nie ma. Ale tutaj już tak jest. Nie należy się tym przejmować, bo można się tylko niepotrzebnie zirytować.

Podobnie działają urzędy, na załatwienie formalności trzeba czekać bardzo długo. Wkrada się też dużo błędów, ale spokojnie – na wszystko jest czas ;). Pewnego ranka poszłam na pocztę w Ambohidratrimo, aby wysłać pocztówki. Pan przeliczył kartki, dał mi po jednym znaczku na każdą i wszystko wydawało się w porządku. Zapłaciłam, tyle ile trzeba i wyszłam. Po kilku godzinach szłam przez miasteczko do szkoły na zajęcia. Nagle słyszę, że ktoś krzyczy coś po angielsku. Jak po angielsku – to pewnie do mnie. Z nikąd pojawia się pan z poczty. Nie wiem, jak mnie znalazł na środku ulicy, ale od razu zaczyna mi tłumaczyć, że “ooo, mistake, mistake, postcards, more money”. Ok, czyli się pomylił i potrzebuje więcej pieniędzy. Powiedziałam, że przyjdę na pocztę za godzinę, bo właśnie idę na zajęcia. Wchodzę do szkoły, a tam wszystkie dzieci stoją na boisku i mają próby do szkolnego festiwalu. Czyli już wiem co mnie czeka – znowu odwołane zajęcia. Poszłam tylko do klasy, aby się upewnić, czy lekcji na pewno nie będzie. Po drodze zaczepił mnie konserwator szkolny. Macha do mnie ręką i mówi coś po malgasku. No to idę za nim. Zaprowadził mnie do jakiejś małej kanciapy i wyciągnął moje pocztówki, te same, które zaniosłam na pocztę. Wtedy to już myślałam, że kompletnie zgłupiałam. Skąd się wzięły moje kartki w szkole? Otóż, pan z poczty przyniósł je tutaj, bo domyślił się, że skoro jestem biała, to pewnie tutaj pracuję. Zostawił też karteczkę, na której było wyjaśnione, że wysłanie pocztówki kosztuje jednak więcej i że muszę dopłacić. Wzięłam je więc i poszłam na pocztę. Wchodzę do środka i ponownie oddaje je do wysłania. Na każdej pocztówce jest już naklejony znaczek o wartości 500 ar, ale okazuje się, że wysłanie kartki do Polski kosztuje 2100 ar. No to pojawił się problem. Jaki znaczek trzeba dokleić żeby się zgadzało? Wszyscy pracownicy poczty się zebrali i debatują. Trwało to chyba z 15 minut – dyskutują, przyglądają pocztówki, liczą, szukają znaczków. Okazuje się, że nie mają takich za 1600 ar. No to co? Odklejać tamte i przyklejać nowe? A może nalepić 4 po 500 ar? Tylko nie ma tyle miejsca na kartce… Hmm… No to niech będą te za 1900 ar. Byli trochę niezadowoleni, bo to oznaczało, że na mojej pocztówce znajdą się znaczki o łącznej wartości 2400 ar, a nie 2100 ar. Czyli będą stratni… Ale na szczęście nie robili więcej problemów. Ja dopłaciłam, a oni wysłali kartki. Uff! Ciekawe tylko kiedy dotrą do Polski… To był bardzo mora mora dzień.

Malgasze to przeważnie pozytywni i radośni ludzie. Żyją sobie powoli i cieszą się życiem. Oczywiście, mają dużo problemów, ale tym samym, doceniają wszystko to, co mają. Wydaje mi się, że większość z nich nie ma świadomości, w jaki sposób może wyglądać życie. Nie mają porównania, więc znajdują wiele powodów do szczęścia w swojej prostej codzienności. I jest to coś, czego się od nich ciągle uczę.

3 Replies to “Kilka słów o Malgaszach – mieszkańcach Madagaskaru.”

  1. poznanie świata, kulturoznawstwo, etnografia, lekkie “pióro” ….. Coraz więcej więcej korzyści z tego wyjazdu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *