Mój przyjazd na Madagaskar nie jest tylko zwykłą podróżą.

Dzięki temu, że pracuję tu jako wolontariuszka i mieszkam w jednym miejscu przez większość czasu, mam okazję poznać ten kraj od innej strony. Nie tylko od tej turystycznej, gdzie podziwia się lemury, baobaby i piękne krajobrazy. Mam możliwość poznać historię poszczególnych ludzi, obserwować mieszkańców Ambohidratrimo i żyć razem z nimi. Po miesiącu pobytu tutaj, większość rzeczy przestało mnie dziwić. Ludzie noszący ciężkie pakunki na głowach, surowe mięso wiszące w upale na straganach, dzieci biegające boso po ulicy i niekończące się powitania oraz pozdrowienia kierowane w moją stronę. To jest teraz moja codzienność. Nie powiem, że nie jest to dla mnie wciąż trochę inne, aczkolwiek nie szokuje mnie już tak, jak na początku. Teraz dziwniejszy jest dla mnie widok białego człowieka na ulicy, niż Malgasza niosącego kury pod pachą. Przyzwyczaiłam się już do wysokich temperatur, karaluchów biegających w nocy po naszym chodniku, miliona much w kuchni i do tego, że wszędzie jest brudno. Moje bose stopy prawie zawsze są czarne, skóra zaróżowiona od słońca, a nogi pogryzione przez komary.

Mora mora…

Przez ostatnie dwa tygodnie nie zrobiłam zbyt wielu zdjęć. Są takie momenty, w których człowiek po prostu chce się cieszyć chwilą, a nie wszystko uwieczniać na fotografiach. Małe przygody, których ostatnio doświadczyłam, mam na zawsze zachowane w swojej pamięci. Życie płynie tu bardzo powoli. Malgasze mają takie swoje powiedzenie “mora mora”, czyli spokojnie, bez pośpiechu. Mieszkając tutaj, mam wrażenie, że żyję według tej zasady. Czas płynie tu inaczej. Z jednej strony czuję, że od mojego przyjazdu wydarzyło się bardzo dużo i że jestem tu zdecydowanie dłużej, niż w rzeczywistości, a z drugiej dziwi mnie myśl, że już prawie połowa pobytu za mną. W ciągu jednego dnia, może się wydarzyć wszystko albo zupełnie nic. Nigdy nie wiadomo, co taki dzień przyniesie.

W tygodniu oczywiście chodzimy na zajęcia z dziećmi. Zdecydowanie wolę te w domu dziecka i świetlicy środowiskowej. Wtedy po prostu bawimy się z dzieciakami i poświęcamy im czas, którego tak bardzo potrzebują. Czuję wtedy niesamowitą więź z tymi maluchami. Lekcje angielskiego w szkole też oczywiście sprawiają mi przyjemność, nie dają mi jednak aż takiego poczucia spełnienia. Brakuje mi wtedy indywidualnej relacji z każdym dzieckiem. Poza tym szkoły czasem dają nam popalić. Lekcje są notorycznie odwoływane, zawsze jest jakieś święto, próba lub inna okazja ważniejsza od naszych zajęć. Idąc do szkoły, codziennie zastanawiam się, czy lekcje się odbędą, czy nie. Bardzo nas to bawi i za każdym razem, kiedy coś nie idzie zgodnie z planem, wzruszamy ramionami i mówimy: “Misy program vao vao”. Nie wiem, czy dobrze to napisałam, ale po malgasku oznacza to tyle, że plan się zmienił. Czyli norma na Madagaskarze ;).

W naszym domu.

W domu wolontariusza ostatnio dużo się działo. Bardzo dobrze się bawimy, zarówno tańcząc do malgaskiej muzyki, jak i śpiewając stare, polskie piosenki. Mieszkając w domu pełnym zabawek i przyborów do zajęć z dziećmi, mamy spore pole do popisu, jeśli chodzi o przebrania i inne dziwne pomysły. Ale “what happens in Madagascar, stays in Madagascar”, także nie wdaję się w szczegóły ;). Mogę za to powiedzieć, że mieszkam z kucharką. Kasia jest genialna i zrobi naprawdę wszystko z niczego. Przyjeżdżając na Madagaskar, myślałam, że będę jadła sam ryż, a tu proszę! Kasia robi nam pierogi, pizzę z patelni, a pasztet gotuje w garnku, bo to, że nie mamy piekarnika nie jest dla niej problemem.

Małe przygody!

W pewną sobotę wyszliśmy z Kasią i Dominikiem na targ. Zrobiliśmy małe zakupy, a po drodze mijaliśmy bar, w którym już od rana siedzieli Malgasze i pili piwo. Zaczęli do nas machać, krzyczeć i zapraszać do stolika. Oczywiście do nich dołączyliśmy. Jako że Dominik był na Madagaskarze już wiele razy i umie mówić po malgasku, to wdał się w żywą rozmowę z miejscowymi. Próbowałam za nimi nadążyć, ale średnio mi to wychodziło. Mimo wszystko, nie przeszkadzało to w porozumiewaniu się na migi i świetnej zabawie. Panowie, których imion niestety nie pamiętam,  postawili nam piwo i byli bardzo zainteresowani tym, co tu robimy i skąd jesteśmy. Oczywiście zdziwili się, że nie jesteśmy z Francji. Większość Malgaszy od razu zakłada, że skoro jesteś biały to musisz być Francuzem. Nie przepadają jednak za swoimi dawnymi kolonizatorami, często zdarza się, że traktują oni Malgaszy z wyższością. Bardzo spodobało mi się zdanie wypowiedzine przez jednego z naszych nowych kolegów. Stwierdził, że może i Madagaskar jest biednym krajem, przez co życie nie jest tu łatwe, ale za to tutaj można poczuć wolność, jakiej nie ma w Europie. I to jest prawda. Ludzie żyją tutaj z dnia na dzień, nie zawsze jest im łatwo, ale pozostają uśmiechnięci i pozytywni. Są wolni od pułapek dwudziestego pierwszego wieku.

Byliśmy w malgaskim domu!

W pewnym momencie naszej rozmowy, padła propozycja pojechania do domu jednego z panów. Zaprosił nas i stwierdził, że jego żona bardzo się ucieszy. My oczywiście się zgodziliśmy i po chwili siedzieliśmy w samochodzie. Jego dom, jak na madagaskarskie standardy, był raczej średniej klasy. Miał prąd, komputer i głośnik w kącie, kanapę, fotele i stolik. Nie było natomiast łazienki, a toaleta to po prostu dziura w ziemi za ceglaną ścianką. Po podwórku chodziły gęsi i kury. Nie wiem ile córek miał nasz gospodarz, ale całkiem sporo. Jego żona była nieco zdziwiona naszym przybyciem, ale zajęta pracą, nie zwróciła na nas większej uwagi. W malgaskich rodzinach bardzo widać dominację mężczyzn. Kobiety zajmują się gotowaniem, sprzątaniem, praniem i całą resztą, która zajmuje tu dużo więcej czasu, bo wszystko trzeba robić ręcznie. Nie ma pralek, zmywarek i innych udogodnień. My za to, od razu po wejściu do pomieszczenia, dostaliśmy kolejne piwo i nawet coca colę! Tańczyliśmy z naszymi kolegami do malgaskich hitów. Od niedawna jestem fanką muzyki z Madagaskaru, a zwłaszcza “Tanii” i “Manievy” ;). Zachęciliśmy też rodzinę gospodarza do wspólnego tańca. Pulchna żona i jej trzy córki do nas dołączyły, co zrobiło z nas bardzo ciekawy skład. Malgasze są bardzo dobrymi tancerzami. Mają we krwi poczucie rytmu i flow, które ciężko jest opisać. Nie mogliśmy jednak zostać z nimi zbyt długo, o 14 zostaliśmy odwiezieni do domu, gdyż wzywały nas inne obowiązki. Zostawiłam w podziękowaniu jedyne co przy sobie miałam, czyli dwa ogromne ananasy. Nasi koledzy porządnie się na nas wykosztowali. Piwo, coca cola, benzyna, którą zużyli na podwózkę – wydaje się niewiele, jednak tutaj to na prawdę dużo.

Kupiliśmy psa?

Tego samego dnia wybraliśmy się po południu na mały spacer w poszukiwaniu ulicznego jedzenia i rumu. Na ulicy można zjeść dużo małych przekąsek, dlatego próbowaliśmy wszystkiego po kolei – gotowanego manioku, nadziewanych papryczek, smażonych ziemniaków i słodkich kulek z ryżu. Odwiedziliśmy też kilka barów. Okazuje się, że nocne życie nie jest wcale takie niebezpieczne, jak zostało mi przedstawione na początku. Wszyscy chyba chcieli mnie wtedy nastraszyć. Oczywiście, zawsze jest jakieś zagrożenie, zwłaszcza późno w nocy,ale nie dajmy się zwariować. Nasza miejscowość jest jednak stosunkowo bezpieczna, dlatego będąc w grupie nie miałam się czego obawiać. Bary na Madagaskarze wyglądają raczej niezachęcająco. Trochę jak takie speluny, w których można się nabawić kłopotów i niejednego guza. W rzeczywistości nie jest aż tak źle, wygląd tych miejsc jest po prostu spowodowany biedą. Wchodząc do jednego z nich, znaleźliśmy pod schodami małego pieska. Miał może kilka tygodni, był chudy i brudny. Asia wzięła go na ręce i wtedy się zaczęło. Okazało się, że są jeszcze dwa takie szczeniaki, siedzieliśmy więc we trójkę, każdy z psem na kolanach, a miejscowi patrzyli na nas, jak na kosmitów. Oni nie są fanami psów, tutaj pojęcie zwierząt domowych raczej nie istnieje. Mało kto ma zwierzaka tylko po to, żeby się z nim bawić, a po ulicy chodzi mnóstwo wygłodzonych i bezdomnych psów.

Jako, że Asia przywiozła już kiedyś jednego psa z Chin do Polski, tego też zapragnęła mieć. A my jako wspaniali doradcy poparliśmy ten pomysł. Wtedy rozpoczęły się negocjacje na temat kupna psa od właściciela baru. Może to za dużo powiedziane, w barze pracowały dzieci, dlatego to z nimi toczyliśmy rozmowę. Stanęło na 50 000 ariari, czyli ok. 50 zł. W międzyczasie zagadał do nas kolejny mężczyzna, siedzący przy stoliku obok. Zaprosił nas na karaoke, a my jak zwykle się zgodziliśmy.

Na malgaskim karaoke…

Ruszyliśmyw drogę – my i pies. Idąc ulicą, minęliśmy chłopca, który niósł gitarę. Co więc zrobiliśmy? Pożyczyliśmy instrument i na poboczu odśpiewaliśmy “Hej sokoły!”. Gdy dotarliśmy na karaoke, okazało się, że jesteśmy tam zupełnie sami. Bezcenne było zdziwienie pracowników, gdy zobaczyli naszą czwórkę z psem na rękach. Jako że lokal był pusty,  zaprosiliśmy ich do wspólnego tańca, na początku byli trochę oporni, ale dali się w końcu namówić. Bawiliśmy się do malgaskiej muzyki i wydawało nam się, że wszystko jest w porządku. Chyba jednak coś im się w nas nie spodobało, bo po tym wieczorze, nigdy więcej nas tam nie wpuścili. Na szczęście znamy już wiele innych, przyjaznych miejscówek.
Loki mieszkał z nami tylko przez kilka dni. Okazało się, że przewiezienie go do Polski nie jest takie proste. Pies musi mieć zrobione wszystkie obowiązkowe szczepienia, aby móc go wnieść na pokład samolotu. Do tego z kolei musi mieć co najmniej 4 miesiące, a nikt z nas nie ma umiejętności naginania czasu – wszyscy wyjeżdżamy zbyt wcześnie. Asia musiała się pożegnać ze swoim zwierzakiem, ale na szczęście trafił on w dobre ręce.

Nasi malgascy znajomi.

Będąc na wolontariacie, mamy kontakt z kilkoma Malgaszami, którzy współpracują z Fundacją lub są z nią zaprzyjaźnieni. Jedną z nich jest Nirina, kucharka i masażystka. Pracuje w restauracji na przeciwko naszego domu. Ma dwójkę dzieci, z którymi mieszka w jednym z okolicznych habitatów, czyli osiedli dla bardzo biednych ludzi. Jej mąż zmarł i teraz sama musi utrzymywać rodzinę, co nie jest łatwe z pensją w wysokości 200 zł. Zajmuje się też masażem, który od czasu do czasu sobie fundujemy. Nirina ma dar w rękach. Sama nauczyła się masować ludzi, miała tylko jedną nauczycielkę, która pokazała jej techniki masażu stóp i głowy. Resztę opanowała sama i jest w tym niesamowita.

Kolejną zaprzyjaźnioną z Fundacją osobą jest Sandra, która wpadała do nas zaplatać dziewczynom typowe afrykańskie warkoczyki. Ma dopiero 21 lat, a już jest nauczycielką angielskiego w szkole. Studiuje prawo i uczy się niemieckiego, ponieważ bardzo chce wyjechać do Niemiec. Codziennie po południu jeździ do Tany na lekcje języka. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że dojazd do stolicy to koszmar. Nie jest to daleko, ale czasem zajmuje nawet kilka godzin w jedną stronę…

Od czasu do czasu odwiedza nas też Mampionona, która jest przezabawną osobą. Wychowała się w domu dziecka, ale dzięki temu, że bardzo chciała się nauczyć mówić po angielsku, miała okazję wyjechać i pracować w Stanach Zjednoczonych jako niania. Teraz uczymy ją polskiego, oczywiście najlepiej zapamiętuje niezbyt stosowne słowa. Zabrała nas pewnego dnia na spacer poza Ambohidratrimo. Szliśmy przez wioski i wzgórza, aby na końcu utknąć w polu ryżowym. Ryż potrzebuje dużo wody, dlatego teren, na którym rośnie jest bardzo mokry. Gdy szliśmy wąską ścieżką pomiędzy polami, trudno było utrzymać równowagę, dlatego po pewnym czasie przestałam liczyć, ile razy moje nogi wylądowały w błocie. Nie wiem jakim cudem, ale większość zdjęć, które zrobiłam podczas tej wędrówki zniknęły z mojego aparatu. Jest mi bardzo przykro z tego powodu, pozostaje mi tylko powiedzieć, że widoki były przepiękne. Idąc wzgórzami podziwialiśmy rozległe pola ryżowe, o tak intensywnym zielonym kolorze, jakiego nigdzie indziej nie wiedziałam.

Zumba na Madagaskarze!

Jak pisałam wyżej, miałam już okazję tańczyć z miejscowymi. Zaprzyjaźniłam się z malgaską muzyką i z imponującymi ruchami Malgaszy. Patrycja, czyli jedna z założycielek Fundacji Dzieci Madagaskaru, również jest ich fanką. Zabrała nas pewnego dnia na zumbę. Zajęcia odbyły się na siłowni, w sali z lustrami i pełnym wyposażeniem. Nie spodziewałam się trafić na Madagaskarze do takiego miejsca. Wszystko wyglądało bardzo profesjonalnie, dopóki nie zaczął padać deszcz, a z sufitu zaczęła spływać woda. Ale wracając do zumby – nie miała ona zbyt wiele wspólnego z tą, jaką znamy z Polski. Nie był to fitness, tylko po prostu taniec. Instruktorka pokazywała kroki na bieżąco, nie były one skomplikowane, zdecydowanie bardziej polegały na wyczuciu rytmu i pewnego rodzaju feelingu w ciele, niż technice ruchu. Na zajęciach były kobiety w różnym wieku i o różnych figurach, ale wszystkie bawiły się tak samo dobrze. Dawno nie widziałam takiej energii, po półtorej godzinie wszyscy byli mokrzy i zmęczeni, ale za to jacy uśmiechnięci! Tutaj nikt się nie przejmuje tym, że nie umie tańczyć, albo że głupio wygląda. Ludzie po prostu się bawią!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *