No to w drogę!

Ze względu na to, że szkoły nie pracują w soboty i niedziele, my jako wolontariusze też mamy wolne. Poprzedni weekend poświęciłam na zaaklimatyzowanie się w nowym miejscu i poznanie okolicy. Ten natomiast spędziłam na pierwszym wyjeździe poza miasto. Pojechaliśmy sześcioosobową grupą. Ony, Malgaszka, która pracuje dla fundacji, zorganizowała nam wycieczkę do wodospadu Lily i gejzeru w Analavory. Była bardzo podekscytowana tym, że może nam pokazać trochę Madagaskaru, a sama uwielbia organizować wycieczki i jest lokalnym przewodnikiem. Zdaliśmy się więc na nią. Mówiąc my, mam na myśli siebie i Natalię (wolontariuszkę) oraz Amy i Rien’a. Jest to starsze małżeństwo z Holandii, które postanowiło wspomóc działania fundacji. Sponsorują i szukają innych sponsorów dla szkół w naszej okolicy. Kiedyś pracowali przez pięć lat w Gwatemali, również wspierając edukację. Ze względu na różny wiek i potrzeby uczestników wyprawy, została ona zorganizowana w bardzo wygodny sposób. Nie powiem, żeby jakoś bardzo ekscytowały mnie takie klimaty, ale cieszyłam się, że będę mogła zobaczyć coś więcej, niż tylko nasze miasteczko :). Jazda busami na Madagaskarze jest dosyć specyficzna i raczej niekomfortowa, gdyż na dwóch miejscach siedzą trzy osoby, a ta obok ciebie może wieźć na kolanach kilka kur. Z tego powodu został wynajęty dla nas samochód i kierowca – Miari. Bardzo wielu turystów porusza się tutaj właśnie w taki sposób. Ja akurat mam w planie zakosztować przemieszczania się taxi broussami, ale parze sześćdziesięciolatków można to było darować.

Droga przez Antananarywę

Cel naszej wycieczki był oddalony od Ambohidratrimo o ok. 120 km. Jednak tutaj, czas dojechania z punktu A do punktu B trzeba pomnożyć przez dwa, biorąc pod uwagę liczne korki i inne przygody na drodze. Główne drogi na Madagaskarze wyglądają tak, jak nasze wiejskie. Nie ma na nich linii, a znaków przy drodze jest jak na lekarstwo. Kierowcy jeżdżą jak chcą. Najpierw musieliśmy się przebić przez Antananarywę. Nie jest to zachęcające miasto… Brud, tłum i bieda. To słowa, które najlepiej je opisują.

Przez stolicę jechaliśmy bardzo długo. Z powodu braku sygnalizacji świetlnej, organizacji ruchu drogowego i porządnych ulic, trwało to w nieskończoność. Ludzie stoją w potężnych korkach, bo jedną ulicą jeżdżą tiry, ciężarówki, samochody osobowe, wozy ciągnięte przez krowy i busy, które zatrzymują się na środku,  żeby zabrać pasażerów. Jechaliśmy wzdłuż rzeki Ikopa, która pełni wielorakie funkcje w Tanie. Ludzie się w niej kąpią, piorą ubrania, łowią ryby, a nawet wyrabiają cegły z piasku i gliny z dna rzeki.

Gdy wreszcie wydostaliśmy się z miasta, ukazał nam się kompletnie inny obraz Madagaskaru. Jadąc, mijaliśmy tylko nieliczne wioski ulokowane na zboczach gór. Każda nazwa miejscowości ma jakieś znaczenie i jest związana z historią danego miejsca (np. tysiąc wojowników). Gęstość zaludnienia poza stolicą jest bardzo mała. Wszędzie natomiast widać pola ryżowe. Jadąc przez góry, można zobaczyć czerwień przebijającą się pomiędzy roślinami. Nie bez powodu Madagaskar jest nazywany Czerwona Wyspą, rzeczywiście ziemia ma tutaj taki kolor.

Gejzer w Analavory

Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do celu. Przesiedliśmy się do starego Peugeota, którym miejscowy kierowca zawiózł nas na miejsce. Nie mam pojęcia, jak to zrobił, bo stan drogi był fatalny. Odwracaliśmy się tylko co chwilę, aby zobaczyć, czy nie zgubiliśmy jakiejś części. Po drodze minęliśmy kilka wiosek, gdzie mogliśmy zaobserwować, jak żyje większość ludzi na Madagaskarze. Wszystko, co widziałam i opisałam do tej pory, to prawdziwa cywilizacja w porównaniu z tym, co zobaczyłam teraz. Owszem, w miastach jest widoczna ogromna bieda, jednak malgaskie wioski to miejsca, jak sprzed tysięcy lat. Nie ma tu prądu, ani wody, a domy to typowe afrykańskie lepianki.


Gejzer sam w sobie położony jest nad rzeką. Gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, otoczył nas tłum przewodników z wioski. Żaden z nich nie mówił po angielsku, a my wszystko bez problemu moglibyśmy obejrzeć sami, ale postanowiliśmy zabrać ze sobą jednego, żeby wspierać lokalną społeczność. Przeszliśmy przez rzekę i naszym oczom ukazał się gejzer. Woda z niego wypływająca tworzy bardzo ciekawe i kolorowe formy skalne. Malgasze wierzą, że przynosi ona zdrowie, dlatego kąpią się w niej i ją piją.

Na koniec spaceru nasz przewodnik chciał nas nauczyć kilku malgaskich zwrotów. Jaki był zaskoczony, gdy usłyszał, że znam podstawowe słowa! W końcu wazaha mówiąca po malgasku to widok, jak z innej planety. Dumnie podał mi rękę i nie mógł przestać się śmiać.

Wodospad Lily w Ampefy

Tutaj znowu czekała nas szalona przejażdżka. Oczywiście można wybrać dwugodzinny spacer, ale ze względu na wiek moich towarzyszy opcja ta została odrzucona. Najpierw pokonaliśmy część trasy samochodem, aby na koniec pieszo dojść do wodospadu. Po drodze trzeba przejść przez wioskę.

Jest ona tak pięknie położona, że z przyjemnością mogłabym tam zamieszkać. Dookoła widać góry, a domki stoją nad rzeką, która dalej zmienia się w ogromny wodospad. Woda spływa obfitymi kaskadami. Jest jej bardzo dużo i ma brunatny kolor ze względu na obecnie trwającą porę deszczową. Od momentu kiedy wysiedliśmy z samochodu, idą za nami kobiety próbujące sprzedać nam pamiątkowe rękodzieło. Bardzo psuje to urok tego miejsca, bo nie chcą odejść chociaż na chwilę. Cały czas miałam wrażenie, że jestem obserwowana, ale nie chcę ich winić – w końcu to może być ich jedyny zarobek.

Noc spędziliśmy w miejscowości Ampefy.

Zatrzymaliśmy się w hotelu położonym nad jeziorem Itasy. Jest to piękne miejsce, gdzie również można napawać się widokami.

Pobyt w takim hotelu oczywiście jest przyjemny – kto nie lubi od czasu do czasu zrelaksować się nad basenem – jednak rodzi we mnie mieszane uczucia.  Gdybym podróżowała sama, na pewno nie wybrałabym takiej opcji. Nie są mi potrzebne takie atrakcje, wolę doświadczać kultury, która mnie otacza.

Świadomość, że po drugiej stronie ulicy ludzie nie mają co jeść i cały dzień muszą siedzieć na ulicy w pełnym słońcu, żeby sprzedać kilka owoców i móc kupić sobie za to ryż, jest bardzo przygnębiająca. Tuż obok stał chociażby taki domek:

Czułam się głupio z tą świadomością. Nie lubię, kiedy ktoś mnie obsługuje, a tutaj czułam się wyjątkowo niezręcznie. Malgasze mają raczej pozytywne podejście do białych ludzi, jednak wciąż traktują nas jako osoby z wyższej sfery. Widać, że jest to wpływ kolonializmu, a niektórzy Europejczycy nadal to wykorzystują. Bardzo nie lubię takich podziałów między ludźmi… Inną sprawą jest to, że dla Malgaszy biały kolor skóry jest równoznaczny z bogactwem. To, że nie każdy podróżnik ma dużo pieniędzy do nich nie trafia i za każdym razem otaczają mnie, starając się coś sprzedać.

Na zakupy!

Droga powrotna minęła nam spokojnie. Zatrzymaliśmy się tylko po zapasy avokado, papai i ananasów, gdyż te obszary są wyjątkowo obfite w powyższe owoce. Skończyło się na tym, że wróciłyśmy do domu z siedemnastoma avokado!

Był to bardzo miły weekendowy wypad, jednak po raz kolejny przekonałam się, że nie jest to sposób podróżowania,  na jakim mi zależy. Potrzebuję więcej swobody i dziczy ;). Mimo wszystko miło było spędzić czas z ludźmi, którzy mają ten sam cel.

One Reply to “Wodospad Lily i gejzer w Analavory.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *